03 listopada, 2012

Strachy na lachy czyli wizytacja

Ojtam, fajni są przecież. No niby tak, ale teście w domu równa się dokładne sprzatanie, mycie podłóg, szorowanie łazienek i upychanie wszystkiego po kątach. A jak! A no tak właśnie, że lepiej, żeby nie było się czego przyczepić, jeszcze sobie wstydu zdążę narobić innymi sprawami :))

W każdym razie do rzeczy. Co tam w kuchni się działo. Bo o tym miało być przecież.

Dzień pierwszy leciały na stół po kolei:
  • na raz, zapiekany chevre na toście z marmoladą z figi i miodem, podane z owocem granatu
  • na dwa, gulasz wołowy podany z ziemniakami (czyli szału nie ma)
  • i po czy, panacotta z białej czekolady z owocami leśnymi  
A potem już tylko tańce, hulanki, swawole...
A oto i dowód z pierwszego.



Dzień drugi pięknie zaczęliśmy od scones na śniadanie. 20 minut lekkiej i przyjemnej pracy a ile radości! W najbliższej przyszłości wrzucę kilka fot i przepis, bo naprawdę warto spróbować. Każdy ma jakieś ulubione przepisy (nazwijmy je "bardziej wyjściowe") to i podzielić się można. 

Potem zmarnowaliśmy (wg męskiej części rodziny) pół dnia w najbardziej znanym na świecie sklepie meblowym, no i trzeba było za gary się znów brać. A było tak:

  • bruschetta z pomidorową salsą i serem pecorino, podane ze szparagami i szczypiorkiem 
  • pierś kurczaka nadziewana świeżym oregano i parmezanem, w papilocie z szynki prosciutto, podana z zapiekanką ziemniaczaną i jogurtem greckim
  • a potem jak już nikt nie miał sił i towarzystwo się wygodnie porozkładało, zaprosiłam na tort pina colada

Oscar robi starter
  

Z nagich piersi podobno najlepsze okłady, jednak w tym przypadku obłożone ziołem i płatkami pecorino

I już zawinięte w szynkę