15 lipca, 2013

historia pewnego banana



Ostatnią sobotę sympatycznie spędziliśmy na zachodnim wybrzeżu. 
Same już przygotowania do wyjazdu przywołały wspomnienia z dzieciństwa. Nie ukrywam, że z uśmiechem wspominam tamte czasy i bardzo lubię tam wracać myślami. Podobnie jak kiedyś moja mama, spakowałam na wyjazd różne smakołyki do poskubania, a do popicia naturalnie sok domowej roboty. I kiedy tak sobie plażowaliśmy, przypomniał mi się pewien moment, taki wycinek z rzeczywistości wczesnych lat 80-tych.


Jesień, pewnie październik / listopad. Deszczowe, ciemne już popołudnie. Trójmiasto. Jadę z mamą do jej ulubionego fryzjera, a potem obowiązkowo do Mody Polskiej. W jednym ze sklepów szalony tłum pcha się do lady, bo coś tam rzucili. My się nie pchałyśmy, ale udało mi się wyprosić mamę o banana. Sztuk jeden. Piękny taki, żółciuteńki, pachnący zachodem banan. Mam go w pamięci do dzisiaj.  Jadłam go powoli, rozkoszując się smakiem i zapachem. Kolejny z listy smaków  zapachów dzieciństwa. Zakodowany jako symbol luksusu tamtych czasów. 


Dlaczego o tym piszę i co ma to wspólnego z plażą? A no dlatego, że dzisiejszym dzieciakom niczego nie brakuje. Nie tęsknią za niczym. Mają wszystko na wyciągniecie ręki. Całkowicie im obojętnie czy piją rozcieńczony samorobny sok z porzeczek czy gazowane barwione napoje. Nie mają pojęcia, że kiedyś komuś mogło czegoś brakować. Opowiadając im tą historię banana, nie rozumiały do końca o co mi właściwie chodzi.  Starsza podsumowała, że niefajnie było, bo ja na tego banana czekałam jak na święta, a ona dziś może go sobie w markecie za darmo zjeść (faktycznie istnieją stoiska dla dzieci, gdzie można poczęstować się bananem). Trochę to smutne a trochę im zazdroszczę. Pytanie tylko czy im to na zdrowie wyjdzie w przyszłości. Świat pędzi na przód nie zważając na nic. Stara się chyba robię;)




Mellbystrand, okolice Halmstad.