22 sierpnia, 2013

bella italia

Tak siedzę i gdybam, co by tu... A jak by tak… Eeeee bez sensu. Miałam coś o tych Włochach napisać, a wena ciągle na urlopie chyba.No nie idzie i już!

***

… kilka godzin później…
Naszą objazdówkę zaczęliśmy banalnie, ba! cała trasa była banalna. Jak O. zobaczył w ile miejsc mamy pojechać to… no nie przeżegnał się nogą, bo nie dosięgnął. Ale pewnie bardzo chciał. Nie dało rady wszędzie i tyle. Oboje kierunek już znaliśmy, O. z nart, ja z dzieciństwa, ale przecież warto wrócić.

W każdym razie zaczęliśmy od Wenecji. Mieliśmy na nią półtora dnia. I w sumie dobrze, bo starczyło w sam raz. Nie planowaliśmy żadnych Murano i innych takich, bo aż taaaaak wielce zainteresowani to nie jesteśmy. (Mam się wstydzić?). I pierwszego i drugiego dnia zchodziliśmy ją wszerz i wzdłuż na pieszo. Żadne łódki, gondole, tramwaje. Z buta drodzy Państwo, z buta. 

Nie będę pisała, co zobaczyć i z którego to wieku, napiszę, że było fajnie i że targ rybny jest nieczynny w poniedziałki, co oznacza, że hala rybna jest pusta i nie śmierdzi (ogólnie wcale nie śmierdzi, jak wielu uważa) i można sobie pod nią siedzieć, bo cień w Wenecji jest na wagę złota. Można sobie oczywiście usiąść gdzieś w wąskiej uliczce, ale to może spowodować korek;)

Mieszkaliśmy w miasteczku Marghera, po drugiej strony wody i to też każdemu mogę polecić. Pociągi i autobusy do i z Wenecji kursują praktycznie całą dobę, a podróż trwa 10 minut. Żal mi było turystów, którzy chcąc „odczuć głębiej” nocowali w samej Wenecji. Raz, że targają się z tymi tobołami przez mostki, dwa, że nie wiedzą dokąd idą. Masakra. Stoi toto takie spocone i zagubione i patrzy w mapę. Wenecja jest przecież po to, żeby się zgubić. I nam się zdarzyło, a jak;)

W Wenecji dobrze zjeść polentę z owocami morza. Tak też uczyniłam. I pizze w trójkącie ( i zjeść ją siedząc na parapecie kamienicy lub schodkach przy kanale), a potem zapić Spritzem z oliwką.



Z Wenecji udaliśmy się do Florencji. Krótko i w biegu, bo przez zaledwie pół dnia zwiedziliśmy trochę miasta.  I tu też nie napiszę, że koniecznie musicie cośtam cośtam. Napiszę, że przed wyjazdem do Florencji warto przeczytać / obejrzeć „Pachnidło” i że nie warto ufać nawigacji z GPS. Facet jak zobaczył gdzie chcemy wjechać, (bo tak nas prowadziło) stanął na środku drogi i pukał się w głowę. My też, jak godzinę później szliśmy tym traktem. Bywa.



Z Florencji starą trasą s.222 Via Chiantigiana kierowaliśmy się w stronę Sieny. Na przejechanie około 80 km daliśmy sobie prawie cały dzień. Jadąc poprzez małe miejscowości i wioski z winiarniami podziwialiśmy widoki, zatrzymując się na degustację. Policja nas nie zatrzymywała, ale podobno w tych rejonach mocno przymyka się oko na kierowców po kieliszku wina.

Przygotowując się do wyjazdu, natknęłam się na opis / propozycję odwiedzenia restauracji we wsi Lamole. Jakieś 8 km od Greve jest zjazd w lewo, na polną piaskową drogę. Po około 20 minutach jazdy krętymi i wąskimi dróżkami pod górkę znajdziemy się w…. ufffff… noooo…. Pojedźcie, nie pożałujecie;) My byliśmy około godziny 11 i zjedliśmy tam wczesny lunch. W godzinach popołudniowych i wieczornych ( szczególnie w weekendy) konieczna jest rezerwacja.  Bajka.


Potem kolejno przez Panzano i Castelline dojechaliśmy do Sieny.  Tam przeszliśmy się po starówce i zgubiliśmy samochód. Siena, jako pierwsze miasto w Europie wprowadziła zakaz parkowania w centrum, a samochody zostawia się przed jedną z wielu bram starego miasta. Żaden problem, pod warunkiem, że pamięta się, pod którą.

Wieczorem byliśmy już w Rzymie.  Na pierwszy rzut zaraz po przyjeździe, poszedł na taśmę zamek św. Anioła, bo naszym celem było między innymi przejście miejscami z „Aniołów i Demonów”. Tu też polecam obejrzenie filmu przed wyjazdem i szczegółowemu przypatrzeniu się na miejscu (np. barierki, czy raczej ich brak, przy fontannie na Piazza Navona). 

Przez kolejne 3 dni robiliśmy dokładnie to samo, co przeciętny nieogarnięty turysta. Krążyliśmy między głównymi punktami miasta, przesiadywaliśmy na skwerkach i gapiliśmy się na przechodniów. Jedliśmy (analizując skład) pizze, pasty i risotta, popijając dobrym winem. 
Kilka pomysłów przywieźliśmy z sobą do domu i będziemy na pewno testować.



Podobnie jak w Wenecji, miasto przemierzaliśmy na pieszo. Raz tylko ze względu na odległość ( i chęć uniknięcia dzikich tłumów przed wejściem) przejechaliśmy z samego rana metrem do Koloseum. To, co najbardziej zapadło nam w pamięci, to fakt, że Rzym śmierdzi papierosami. Wszędzie, o każdej porze… Nie chcę tam wrócić, przez co najmniej kolejne 20 lat. Nie będzie mi Włoch dmuchał w twarz!


Po Rzymie przyszedł czas na letnie plażowanie. Miała być Pescara, ciche wioski, sielanka, a skończyło się na Rimini. A dlaczego to tak? A dlatego, że sierpień jest miesiącem wolnym od pracy wielu i po prostu zabrakło dla nas miejsc. Bywa. 
Rimini jest idealnym miejscem dla młodzieży. Mnie nie do końca odpowiadał klimat tego miejsca. Ale jako że słońce to słońce a plaża to plaża, nie narzekam. Jadąc na wakacje do Włoch należy pamiętać, że korzystanie z plaż jest w większości płatne. Bywa baaardzo płatne. Ale bywa też całkiem darmowe.


Podsumowując, warto było odświeżyć sobie pamięć i zawitać ponownie do pięknej Italii, jednak kolejnej wycieczki do włoskich miast (wyspy jak najbardziej) w najbliższym czasie nie przewidujemy. Chyba, że poza sezonem.