22 września, 2013

fikon



Wszystko zaczęło się od tego, że O. zamówił u stolarza płyty na półki do zabudowy wnęki w telewizyjnym. Stolarz oczywiście nie zrozumiał do końca zamysłu lub zrozumiał inaczej, ale ostatecznie trzeba było coś wstawić. Skończyło się na tym, że została nam luka pół na metr. Luka, w której stoi kwiatek, który ja (morderczyni chwastów wszelakich) muszę podlewać. No dobra, nie muszę ale co mam zrobić jak się na mnie patrzy (kwiatek, nie O.)


I tak sobie pomyślałam że jak przeżyje do wiosny to kupię figę! Ha, taką prawdziwą, co daje owocki. I będę ją pielęgnować jak własne dziecię. Aż do uschniecia  pełnoletności, kiedy będzie mogła zamieszkać w ogrodzie. A nie, nie będzie mogła, bo umrze z wychłodzenia, tak tylko pisze. Zresztą jeszcze zanim u nas zamieszka to sobie doczytam, co tam wolno a czego absolutnie nie powinnam robić (karmić piersią na przykład).

Tak wiec siedzę i się inspiruje, to znaczy oglądam sobie rożne krzaczory, o takie. 



A póki co, na zagrychę sobotni talerz dobrej sałaty, całkiem prostej, trzy składnikowej. Starczy, co? 
Taaaa, jak jeszcze raz wyskoczy tu z prostotą...


Otóż to, geniusz tkwi w prostocie.



Miłej niedzieli kochani!