13 września, 2013

zwyklak





Marzy mi się taki rozwój techniki, że mogłabym pomyśleć, a posty same by się pisały. Póki wena, póki pomysł, póki pamiętam, póki jest czas… A nie tak jak teraz, że koniec tygodnia, a ja tu z łikendem (ubiegłym) wyskakuję.

Fajny był, pracowity troszkę, rozrywkowy, szczeniacki. Ciepło jak na wrzesień i na to, co już właściwie zwiastowało najgorsze. Przestało lać i wiać. Wyszło słońce. Cofnęła się zaraza. Gdzieś tam między zbieraniem grzybów a sadzeniem tulipanów coś zaczęło się roić, żeby potem umknąć, teraz już nawet nie pamiętam co. To nic. 

Jeździliśmy z O. na skuterze jak smarkate nastolatki, wpadliśmy do stolarza pogadać o „robocie”, potem zrobiłam mus jabłkowy i pierwszą w tym sezonie zapiekankę z musli i cynamonem.


***

A w niedzielę zerwałam się z samego rana (też nie wiem jakim cudem) i postanowiłam sobie ot tak, że zrobię chleb. Siedziałam sobie samiutka w kuchni, piłam kawę i przeglądałam neta w poszukiwaniu przepisu idealnego. A tam same cudeńka, najlepsze na świecie przepisy, takie, że stój sobie pół dnia i użyj składników, o których właściwie pojęcia nie masz… Z całym szacunkiem do eksperymentów kuchennych i pomysłowości… Bardzo lubię poznawać nowe, ale to nie był raczej ten dzień. Ja chciałam taki na JUŻ.


Zakwasu nie chciało mi się budzić, a poza tym, to po ostatnich bagietkach bez drożdży to się nawet troszkę obraziłam. To ja go tu pielęgnuję od kwietnia już co najmniej, dokarmiam i pilnuję żeby miał co przerabiać, nawet spowodowałam że przeżył ponad 3 tygodnie bez żarła, a w zamian takie CEGŁY? To niech sobie tam leży sam i się pączkuje. O!

 I zrobiłam na drożdżach, bez zakwasu.  Taki zwyklak. Z przepisu z torebki.



Co potrzebujemy:

50 g opakowanie drożdży (użyłam suchych)
50 g roztopionego masła
5 dl mleka
13 dl mąki
1 łyżka cukru
1 łyżeczka soli


A tak przygotowujemy:

Roztopione masło mieszamy z mlekiem. Powstały płyn powinien mieć ok. 37°C.  Do dużej miski wsypujemy drożdże i cukier i powoli dodajemy płyn. Mieszamy do uzyskania papki i zalewamy resztą. Stopniowo wsypujemy mąkę (około 1 litra), sól i zagniatamy ciasto. Ciasto wyrabiamy około 7 minut, stopniowo podsypując pozostałą mąką. 

Przykrywamy i odstawiamy na 30 minut do wyrośnięcia w ciepłe miejsce. Może być wyłączony piekarnik nagrzany wcześniej do 50°C.  

Po tym czasie formujemy nasz bochen (można podzielić na dwa) i układamy na blasze z pergaminem, nacinamy, zwilżamy, można posypać ziołem. Przykrywamy.



Piekarnik nastawiamy na 225°C, pieczemy 30 min. Co do szczegółów pieczenia chleba - zapraszam TU

***

I teraz tak. Bochen wyrósł nam gigantyczny. Ale nie taki znów wielki, żeby go nie zjeść. Pierwsze smakowanie było już w niedzielę po południu, a do wtorku zniknął. Wcale się nie dziwię, bo wg. dziewczyn to najlepszy, jaki udało mi się dotychczas upiec. Aż SCONESów szkoda…



Także gdybyście kiedyś nie mogli z rana spać, zwyklaka upieczcie. Wszyscy się na pewno ucieszą!


A teraz już na bieżąco:

p.s. piątek trzynastego? ołłłł nooołłł...