01 października, 2013

it's a must!



Z takim okrzykiem zdarza się nam uzupełniać kolejną szklankę złocistym jabłkowym napojem. 
Must, o którym poczynam dziś słów kilka, to nic innego jak świeżo wyciskany sok jabłkowy. 
Wersja bezalkoholowa, krótko pasteryzowana.


Ci, którzy czytają mnie od początku, hrrm… pamiętają… 
Dobra, nie pamiętacie, bo wtedy prawie nikt mnie nie czytał.

TU pisałam o fabryczce i powstającym w niej muście. Sprawa, że tak powiem rodzinna, bo jeden z właścicieli to brat O. więc dlatego piszę.  
Oprócz fabryczki jest również gospodarstwo, sady jabłkowe, grusze, cała masa warzyw (eko uprawy), zaprzyjaźniona pasieka, więc i miodku pojemy… Można podjechać i się obładować żarłem dosłownie na kilka tygodni.

Sezonowo kupujemy u nich dynię, ziemniaki, świeży czosnek w lecie (jedliście kiedyś taki przekrojony wzdłuż wraz z łodygą i podsmażany na maśle?), przywozimy swoje jabłka i w zamian otrzymujemy must. Tak sprawy wyglądają technicznie.

A ze strony rozrywkowo przyjemnościowej, uwielbiam to miejsce, ludzi, cały tamtejszy klimat. Otwarcie sezonu „mustowego” to jeden z weekendów, na który czekamy z niecierpliwością, bo wiemy że znów czymś nas zaskoczą. 

Tak było i tym razem. Lubicie Jamiraquai?

Enjoy!

video