30 listopada, 2013

pierwsza niedziela adwentu




Jutro pierwsza niedziela adwentu, gdyby ktoś nie zauważył. Raczej trudno o to ale może się przecież zdarzyć. 
Wspólnymi siłami (me, myself and i) przytargaliśmy co tam trzeba z piwnicy i ruszamy z tematem na poważnie.

Kalendarz adwentowy – co należy spakowane, ozdobione, dzieciaki chociaż coraz starsze, nadal szczęśliwe. Czyli jest dobrze.

Lampki sprawdzone, wymienione, ustawione gdzie trzeba. Nikogo prąd nie pokopał, walki o prawo własności nie było. Gwiazdy na parapetach przygotowane.

Ozdoby domu zewnątrz na pół gwiazdka, no na ćwierć. Po choinki i inne przeszkadzaje wybieramy się dziś lub jutro. Będzie jak w muzeum na wystawie „skandynawski kicz w całej swojej okazałości”. Zastanawiam się czy wynająć armatkę śnieżną. Żartuję, leciuteńko przyprószyło…

Testy próbne jedzeniowe wstępnie poczynione, część w trakcie, część w planach. 
Damy radę, znaczy, zjemy wszystko przed świętami.



Jednym słowem sezon świąteczny uważam za otwarty. 
Możecie napisać, że to szaleństwo i gdzie się nam tak spieszy, ale to nie tak. Wręcz odwrotnie.
Szwedzi na przygotowanie do świąt dają sobie co najmniej miesiąc. 
Zrobią listę, podzielą obowiązki pomiędzy członków rodziny. 
Jednego dnia sprzątną, chociaż nie koniecznie, drugiego udekorują jeden pokój, a kolejnego wejście do domu. 
W między czasie zamarynują śledzie, upieką pierniki…

Wiecie dlaczego tak mi się to podoba? 
Bo nic nie jest robione z przymusu, ostatkami sił, prawie za karę. 
Nikt nie wypruwa sobie żył i nie szaleje na dwa dni przed Wigilią żeby potem pikować nosem ze zmęczenia w barszcz.



Grudzień to najciemniejszy miesiąc w roku ale zarazem najbardziej rozświetlony. 
Radosny. Wyczekiwany. Inny.