25 lutego, 2014

polskie paczki vs. szwedzkie semle




Są takie momenty w życiu, które co jakiś czas, w szczególnych chwilach do nas powracają. Mamy swoje wspomnienia, miłe i słodkie przywołujące uśmiech oraz te bardziej tragiczne sytuacje, które chcielibyśmy za wszelką cenę zapomnieć. O ile te drugie mają w zwyczaju powracać do nas nocami i zamęczać myśli, tak pierwsze przywołujemy sami, pielęgnując w sercu. Niedawno tak właśnie się stało dzięki Edycie, właścicielce bloga kulinarnego ( a przy okazji też podróżniczego) Blog Madame Edith

Edyta przywołała jedne z moich najmilszych wspomnień, które dopiero niedawno nabrały szczególnego znaczenia. Chodzi o historię mojej przyjaciółki z dzieciństwa, która jako mała dziewczynka wyemigrowała z rodzicami za granicę. Później, przez wiele lat, przyjeżdżając na wakacje czy święta prosiła mnie zawsze o rzecz szczególną – zakup pączków. Polskich pączków z marmoladą i dużą ilością lukru. Takich najzwyklejszych z „piekarni u Gdańca”. Chciała żeby zawsze na nią czekały, świeże i pachnące. Marzyła o nich, rozmyślała, wspominała o nich w listach. Wtedy nie rozumiałam zupełnie tego fenomenu. Przecież miała wszystko, o czym my, dzieci lat 80-tych tylko marzyliśmy. Wszystko oprócz pączków. 
Takich zwykłych, od Gdańca…



Przepis pochodzi od Nat, której bardzo serdecznie dziękuję (wiem że czytasz!).





Co potrzebujemy:

100 g świeżych drożdży
1 dl (100 g) cukru
5 dl mleka
6 żółtek
1 jajko
100 g masła
0,5 laski wanilii
0,5 łyżeczki soli
kieliszek spirytusu
16 dl (1 kg) mąki pszennej
sok i skórka cytrynowa

ponadto:
marmolada do nadzienia
tłuszcz do smażenia

na dekorację:
2,5 dl (150g) cukier puder
2-3 łyżki gorącej wody
kandyzowana skórka pomarańczowa


A tak przygotowujemy:

Drożdże rozdrabniamy, łączymy z łyżką cukru i 3 dl (200 g) mąki, następnie zalewamy 1 dl ciepłego (37°C) mleka. Mieszamy i odstawiamy w ciepłe i nieprzewiewne miejsce do wyrośnięcia. Jajko i żółtka ucieramy z pozostałym cukrem, dodajemy wyrośnięty zaczyn i stopniowo pozostałą mąkę. Mieszamy, dodajemy kolejno wanilię, sok i skórkę z cytryny, resztę mleka, sól i spirytus. Ciasto wyrabiamy do momentu aż będzie gładkie i lśniące, a na powierzchni pojawią się pęcherzyki. Dopiero wtedy dodajemy roztopione masło. Ponownie wyrabiamy i odstawiamy do wyrośnięcia na 15 minut. Odpowietrzamy i wyrabiamy ponownie.



Pączki formować możemy w dwojaki sposób. Tradycyjnie nabierać łyżką i formować ręcznie kulki wcześniej wypełniając je marmoladą lub rozwałkować na gruby placek (wcześniej podsypując blat) i wycinać krążkiem. W obu przypadkach uformowane pączki zostawiamy do jeszcze jednego wyrośnięcia. Z przepisu otrzymamy około 30 sztuk. Smażymy w głębokim tłuszczu (smalcu lub fryturze) w temp. 180°C, około 1,5 minuty z każdej strony.

Biała obwódka w „połowie” usmażonego pączka to sygnał, że ciasto dobrze wyrosło i zostało prawidłowo wyrobione. Taki pączek nie osiada na dnie, bo jest lekki i puszysty. Moje co prawda nie osiadały i wyrosły bardzo ładnie, jednak efektu białego paska nie umiem (jeszcze) osiągnąć.Usmażone pączki odsączamy i studzimy. Lukrujemy letnie lub pudrujemy zimne. Pączki można oczywiście mrozić, o ile jakieś zostaną.





A żeby temat przełożyć na szwedzkie warunki opowiem Wam, jak sprawy mają się tutaj.
Jako że Szwecja jest krajem protestanckim, na religię mocno przymyka się oko, a nawet posunę się dalej, niezbyt zwraca się na nią uwagę. Świętowanie owszem bardzo chętnie, chociaż nie zawsze wiadomo dlaczego. W każdym razie w Szwecji okres zakończenia karnawału, a jednocześnie rozpoczęcia postu obchodzi się pod postacią Fettisdagen (en fet tisdag) czyli tłusty wtorek.
Obchodzi się go w przeddzień środy popielcowej, tak więc jest to nic innego jak polskie ostatki, zwane w zależności od regionu zapustami, podkoziołkiem czy śledzikiem. Tłustego czwartku, obchodzonego w Polsce kilka dni wcześniej nie praktykuje się. Zamysł święta jest taki sam jak w ojczyźnie, czyli ma na celu uzupełnienie zapasów przed „chudymi” tygodniami postu.

Tradycja jedzenia pszennych bułek (bo o nich będzie za chwilę mowa) prawdopodobnie przywędrowała do Skandynawii ok. XII wieku i uważana była wówczas ze względu na deficyt mąki za rarytas. Jej skład stopniowo wzbogacał się o mieszanki z mleka czy śmietany, a później również o dodatek mielonych migdałów. (W źródłach doszukałam się również powiązań i dawnej polskiej tradycji jedzenia w Ostatki bułek początkowo ze smalcem, a później z migdałem w środku.) Obecnie tradycję kontynuuje się pod postacią Semli (semila – łac. mąka), pszennych słodkich bułeczek (czasem z lekką nuta kardamonu lub dodatkiem soli o posmaku maliny moroszki) przekrojonych wzdłuż i wypełnionych masą migdałową oraz dużą ilością ubitej na sztywno śmietany kremówki oraz oprószonych cukrem pudrem. Opcjonalnie sama bułka podana na ciepłym mleku występuje pod nazwą hetvägg (hetwegge – niem.).

Nazwy, podanie, jak i okresy jedzenia różnią się do dzisiaj między krajami skandynawskimi, a nawet między landami w samej już Szwecji. W Norwegii na przykład, zwyczaj przetrwał pod postacią bułeczek z dżemem podawanych z sosem waniliowym. Niektórzy jedzą je tylko w „fettisdagen”, niektórzy w każdy wtorek przez okres postu, a dostępne w sklepach są od gwiazdki aż do Wielkanocy ( o ile nie cały rok). Sama semli w domu nie przygotowuję, bo aż tak za nimi nie przepadamy, co nie zmienia faktu, że mam dla Was przepis!

 foto: via pinterest 

Semlor (ok. 10 szt) 


Co potrzebujemy:

na bułki:
25 g świeżych drożdży
100 g masła
2,5 dl mleka
2 jajka (ciasto+smarowanie)
1 dl (90g) cukru
0,5 łyżeczki soli
6-7 dl (ok. 400 g) mąki pszennej


na masę migdałową:
200 g migdałów
2 dl cukru
2 łyżki mleka

na dekorację:
5 dl śmietany kremówki (schłodzonej)
2 łyżki cukru pudru


A tak przygotowujemy:

Drożdże rozdrabniamy i zalewamy ciepłym (37°C) mlekiem z masłem. Dodajemy jedno roztrzepane jajko, cukier i sól. Mieszamy do rozpuszczenia a następnie dodajemy po trochu mąki. Wyrabiamy i zostawiamy do wyrośnięcia na ok. godzinę.Piec nastawiamy na 200°C. Odpowietrzamy ciasto, wyrabiamy ponownie i formujemy 10-12 bułek. Pozostawiamy ponownie do wyrośnięcia. Smarujemy drugim rozbełtanym jajkiem i pieczemy 6-7 minut. Zostawiamy do zupełnego ostygnięcia.
Migdały rozdrabniamy na „mokry piasek” i dodajemy cukru. Miksujemy do momentu uzyskania zwartej masy. Pod koniec dodajemy odrobinę mleka w celu uzyskania bardziej kremowej (nie lejącej) konsystencji. 
Śmietanę ubijamy na sztywno. Z bułek ścinamy kapelusze (zachowujemy je) i delikatnie wyjmujemy część miąższu z dolnej części bułki. Szprycą lub za pomocą woreczka z obciętym rogiem wypełniamy masą migdałową oraz bitą śmietaną. Przykrywamy kapeluszem i oprószamy cukrem pudrem.



W okresie postu w tradycji zapisał się jeszcze jeden słodki dzień, o którym napiszę innym razem… To jak? Pączki czy Semle? Co wybieracie?