17 lutego, 2014

zablocone buty, kavaj i emancypacja czyli jak cie szwedzie widza inni



Rozmowa z koleżanką ze studiów, dała mi kolejny temat do przemyśleń. O ile nasz dyskusja trwała zaledwie kilka minut, tak myśli na temat ubioru Szwedów zostały ze mną do końca wieczora a nawet odrobinę dłużej. To tak jakby odbezpieczyć granat. Niby nic, ale nagle okazuje się, że mam nowy temat. I to jaki – temat rzeka.

Zaczynam więc taką trochę analizą przypadku, mianowicie jak widzi to K. Pierwsze spostrzeżenia na nowej ziemi są następujące:


 pierwsze co mnie uderzyło... brak kolorów na ludziach.... wszystko czarne albo szare.... ulice, całe metro ... brak eleganckich, gustownych... wszystko trepiaste... buty... hmmmm. w dodatku brudne... nie wypastowane i w ogóle



Szarości, czernie oraz wszelkie od nich pochodne są typowo skandynawskie. To widać nie tylko na ulicach, ale też we wnętrzach. W sezonie letnim przejmowane przez biel w postaci powłóczystych koszul zestawionych z getrami. Do tego na szyi omotana chusta czy lekki szal i obraz gotowej Szwedki gotowy. I żeby nie wyszło na to, że post jest potokiem nienawiści i kpin, chylę czoła szwedzkim kobietom za umiejętne dobieranie biżuterii. Mało, skromnie ale z efektem. 
Kropka nad i.

Buty najczęściej płaskie, bo tak jest najwygodniej. Kurtki przeciwdeszczowe, przeciwwiatrowe i pasujące do każdej pogody. Bo strój ma być funkcjonalny, a że nie zawsze idzie w parze z finezją czy obecnymi trendami… cóż.
Niestety, często taki styl życia wiąże się z niechlujstwem. Nieuczesane włosy z wygniecionym gniazdem - standard, poplamione rękawy czy zupełny brak makijażu (kiedy w niektórych wypadkach zabejcowanie facjaty byłoby wręcz wskazane) mogą być odbierany w dwojaki sposób. Saute z domieszką nonszalancji lub w szczególnych wypadkach typ „brudas”.

Jak to więc właściwie z nimi jest? Przede wszystkim nie możemy generalizować. O ile duża część społeczeństwa tak właśnie może wyglądać, tak należy wziąć pod uwagę pewne aspekty wywodzące się z przekonań i stylu życia. 

Nie liczę tu grupy emigrantów, którzy wprowadzają szturmem swoje „smaczki” ani też towarzystwa rodem ze Stureplan gdzie moda, styl i trendy żyją własnym rozhasanym życiem.



Samo powiedzenie „ Det finns inget dåligt väder, bara dåliga kläder” ( Nie ma złej pogody, tylko złe ubrania) dużo wyjaśnia. Szwed jest istotą żyjącą w zgodzie z naturą, nie napiszę że dziką, ale las, krzaczory i przemierzanie mokradeł lubi. Czyli bliskie spotkania z błotem nie są mu obce. Tak więc kalosze, kombinezony, gumowe spodnie czy wspomniane kurtki wielofunkcyjne są na wyposażeniu każdej przeciętnej rodziny. 



Tu przywołuję również słynną, pomimo że z pochodzenia norweską „lusekofte” czyli gruby wełniany sweter we wzorek. Płachta wielofunkcyjna. Ciepła, mięsista, wygodna. Pierwszą, w ramach prezentu od zadowolonych gości hotelowych otrzymałam jeszcze w Polsce. Prezent szczególny, bo wykonany został osobiście przez klientkę. Dwa kolejne kupiliśmy już sami na Islandii. Dobrze mieć, że tak stwierdzę.


Kiedy nie pada zaś i nie wieje, a spędza zamiast tego czas z przyjaciółmi czy rodziną w ogrodzie (tu włączamy klimat letni) do akcji wchodzi tunika. Tuniczka wielozadaniowa jest często wykonana z cienkiego i przewiewnego materiału, z elementami ozdobnymi typu prześwity, koronki i troczki, w kolorze jasnym, letnim i pogodnym.  Oprócz wspomnianych legginsów Szwedki upodobały sobie szczególnie spódnice na gumie. Wzorzyste, kolorowe, tłoczone, farbowane. Niezależnie od wieku i formy. Tak, z wyglądem bywa różnie… A że guma rozciągliwa, znosi wszystko. Tu w zestawie „wyjściowym” pojawia się też słynna czarna kreska na powiece, do której nawiązywałam w temacie Nie tak Szwed piękny... Makijaż u przeciętnej Szwedki pojawia się jednak sporadycznie i najczęściej w ograniczonych ilościach.


Kiedy natomiast sytuacja wymaga większego zadbania o wizerunek, na salony wchodzą marki. Marki przez zwykłego szaraka nie znane. Takie, które bronią się nie koniecznie fasonem, a jakością produktu. W żadnym wypadku nie jest to manifest bogactwa, bo w imię zasady im mniej inni o mnie wiedzą  tym lepiej, Szwed z bogactwem się nie obnosi (chyba że snoby z okolicy Saltsjöbaden). Amerykańskie nawiązania do „preppy look” i brytyjskiej arystokracji, duńska biżuteria, która nie rzucając się w oczy zachwyca. W połączeniu naturalnie z marynarką. Jako nierozłączna część garderoby pani z biura, konduktora czy strażnika na lotnisku, które do tej pory były uniformem, zmienia swoją funkcję na strój porządny i odpowiedni. I tak „kavaj” wydaje się być lekiem na całe zło. Bo czy do jeansów i koszuli, czy do garniturowych spodni, często zwyczajnie ratuje sytuację.



A co sytuację może popsuć? Buty. Buty w korytarzu, wszak Szwed po domu chodzi boso, nie ustawione rzędami a porzucone bezwładnie na furę innych obłoconych klocków. Buty ściągane poprzez zdarcie z pięty, buty których szarość nie kojarzy się już ze skandynawskim spokojem i równowagą. Buty które mnie z tej równowagi natychmiastowo wyprowadzają.
Białe conversy na stopach tłumów, białe w oryginale bo nie sposób dziś się doszukać trampka czystego. Wiosna, lato, jesień, zima, twój convers wszystko przetrzyma. Cóż, niektórzy nie mają w odwadze podjąć tak wielkiego ryzyka jakim jest pranie. Z drugiej strony, o ile w ojczyźnie znalezienie dla siebie butów graniczyło niemalże z cudem (rozmiar, podbicie, łydka) tak tutaj nie mam z tym najmniejszego problemu. Obów piękny, od tego bardzo dobrego jakościowo poprzez szeroką gamę modeli ze średniej półki (jakości i ceny) aż do tanich marketowych szmaciaków na jeden sezon. Jest w czym wybierać. Szkoda tylko, że tak mało przykłada się do nich dbałości.


A teraz spójrzmy na sprawę z innej strony. Futra na ten przykład. Bo skóra licowana w dziwny sposób mniej niektórych razi. Podobnie jak żelki wegetarianów. Kogo spotkamy na szwedzkiej ziemi w futrze? W futrze z norek i owszem, czasem od wielkiego dzwonu tak, najczęściej eleganckie emerytki ale kołnierz z lisa kojarzy się głownie z sąsiadami zza Buga. Jak w futrze to pewnie Rosjanka, a jak Rosjanka to… obraz nie do końca taki jak byśmy sobie wymarzyli. 
Nie powiem, uwielbiam króliczki, mam na stanie piękną kamizelkę, jednak kurtkę odpuściłam i zostawiłam w polskim domu. Może kiedyś przyjdzie na nią czas i miejsce. Nie teraz, nie z takim podejściem, nie w takim klimacie. I nie o pogodę mi chodzi. Oszołomów z na ulicach nie brakuje, a to, co kiedyś było wyznacznikiem luksusu, dzisiaj już nie ma znaczenia. Wręcz odwrotnie. Futro na kobiecie może kojarzyć się z tandetą i rozwiązłością, a pan w podartych, brudnych jeansach nie jest bezdomnym a nonszalanckim miliarderem, który całą tą modową otoczkę ma w głębokim poważaniu.




Pytanie finalne. Kogo za taki stan rzeczy winić? 
Historię z Wikingami w tle? Przywiązanie do natury i wielskiego stylu życia? Naciągane do granic możliwości równouprawnienie? Jantelagen które nakazuje żeby się nie wyróżniać i bezwarunkowo równa wszystkich do dołu?

A może po prostu Szwedki już tak się rozpędziły w tej swojej emancypacji, a role damsko-męskie tak bardzo zatarły, że po drodze do komfortu i nie przejmowania się, zagubiły całą swoją kobiecość ?


Pozostawiam Was z tymi pytaniami bo niestety, nie znalazłam dotychczas na nie odpowiedzi. Kolejne lata na emigracji będą pewnie naprowadzać na właściwy trop. Oby, bom ciekawa!