21 marca, 2014

wielojezycznosc w Szwecji (Klub Polki na Obczyznie)




Kolejny post, który powstał przy współpracy z Klubem Polki na Obczyźnie

Dotychczas w serii ukazały się:
 oraz 

Tym razem Faustyna i Ela zaproponowały rozłożenie na części pierwsze kwestii związanych z językiem. Językiem nie byle jakim, bo dla wszystkich w pewien sposób „nowym”.




Rozpocznę od własnego komentarza, który umieściłam już jakiś czas temu pod jednym z postów w całkiem innym temacie. W tym momencie uważam że przydatnym, bo odnoszącym się właśnie do problemów językowych. Powinien Wam również trochę naświetlić na początek moją sytuację.



Nauka języka była nie lada wyzwaniem. I umówmy się, że do dzisiaj nie opanowałam w pełni. Wszyscy Ci Polacy, którzy twierdzą że szwedzki bardzo dobrze znają KŁAMIĄ!!! Nie mówię tu o dzieciach czy młodzieży ale o dorosłych którzy wyemigrowali w dorosłym już wieku. Są elementy wymowy które są dla przeciętnego Kowalskiego nie do przeskoczenia ( co wyraźnie słychać), zwroty w których wystarczy przestawić tylko lekko szyk i już wiadomo że obcy. Tak samo zresztą jest w wielu innych językach. O ile angielskiego możemy się nauczyć w miarę prosto, bo mamy okazję go słuchać codziennie w radio czy tv, tak ze szwedzkim nie jest lekko.

Nauka na kursach (początkowy SFI C i D plus zaawansowane w trybie przyśpieszonym SAS grund + A + B kończąc "obroną" 20 stronicowej pracy napisanej na podstawie lektur i badań własnych) zajęły mi łącznie około 1,5 roku. Pewnie odezwą się tacy którzy języka "nauczyli się perfekt" w 3 miesiące ale mnie to zupełnie nie przeszkadza bo każdy zna swoje możliwości, czas i ambicje i według nich może sądzić.

Tyle tytułem wstępu. Szkic mojego profilu psychologicznego możecie wyrysować sobie sami czytając bloga. Nie jestem osobą, która będzie przedstawiała magiczne metody naukowe ani zalecała, co koniecznie należy, a czego w żadnym wypadku nie, bo nie czuję się do tego raz że upoważniona (może za 20 lat), dwa – nie mam wiedzy technicznej jak należy się języków obcych uczyć. W życiu złożyło się tak, że angielski towarzyszył mi od wczesnych lat, niemieckiego „liznęłam” przez 4 lata liceum, a szwedzkiego uczę się obecnie. Tak, ciągle się uczę, codziennie. Posługuję się nim w miarę płynnie ( tu odzywa się mój mąż i mówi – jesteś dobra i jak zwykle sobie umniejszasz), piszę, czytam, swobodnie uczestniczę w życiu i nie wycofuję się rakiem, kiedy trzeba zareagować słownie na poziomie troszkę wyższym niż podwórkowy. Jednak nie jest to perfekcja i daleko mi do niej. Co widać, słychać i czuć…


Moja (i córek) przygoda na szwedzkiej ziemi zaczęła się niedawno, bo w czerwcu 2010. W Polsce, poza moimi krótkimi i nieudolnymi epizodami próby podjęcia samodzielnej nauki, kontaktu ze szwedzkim nie mieliśmy żadnego. Z mężem przez lata komunikowaliśmy się wyłącznie po angielsku, dopiero przeprowadzka zmusiła do konkretnych poczynań.

W domu (przy pełnej obsadzie) obecnie rozmawiamy wyłącznie po szwedzku, natomiast kiedy jestem sama z dziećmi – po polsku (przynajmniej z mojej strony). Początkowo była to mieszanka polskiego/angielskiego/szwedzkiego w takiej kolejności jak zapisałam. Z czasem angielski został wyparty przez szwedzki, a polski coraz bardziej ograniczany. O ile polski w moim wykonaniu pozostał na tym samym poziomie (chodzi mi tu o zakres słownictwa i wyrażanie myśli), u dziewczyn zauważam pogorszenie wymowy długich i trudnych wyrazów, przegłosy, notoryczne przekręcanie i stosowanie mieszanek typu szwedzki wyraz z polskim przedrostkiem, końcówką lub w opcji hardcore całkowicie nowy słowotwór.
np:  kastałyśmy snöbollami – rzucałyśmy śnieżkami (kasta – rzucać, snöboll – śnieżka).

Starsza (13 lat) w polskim pisanym popełnia coraz więcej błędów ortograficznych, młodsza (10 lat) zaczęła szkołę w Szwecji, więc nigdy nie miała styczności ze „szkolną” pisaną nauką polskiego. W Szwecji nie propaguje się niestety kaligrafii czy nawet dbałości o w miarę porządne pisanie, więc wszystko w rękach rodziców. Popularne zeszyty z literkami pozostały w strefie marzeń. Nad czym ubolewam. Wprowadzić owszem można, nakłonić już trochę trudniej.

Dziewczyny bez wcześniejszego przygotowania zaczęły naukę w typowej szwedzkiej szkole. Szkoła jest mała, ma łączone klasy, a obcokrajowców można policzyć na palcach jednej ręki, tak więc okazja do załapania „czystego” akcentu idealna. Jako pomoc na wstępie zapewniono im również kilka godzin tygodniowo dodatkowych lekcji, ukierunkowanych stricte na zapoznanie się z podstawami języka.



Dzisiaj, według nauczycieli nie odbiegają poziomem językowym od przeciętnego Szweda w ich wieku. Obie uczą się angielskiego, starsza jako kolejny język wybrała hiszpański. W zeszłym roku „testowała” również semestralnie niemiecki i francuski. Pomyślicie pewnie, że musiał być to dla niej nie lada wyczyn. Polski, szwedzki, angielski, hiszpański, niemiecki i francuski. Niespodzianka. Odziwo, ani młodsza, ani starsza nie narzekały nigdy na nadmiar nowego słownictwa, trudności w wymowie czy gramatyce nowych języków, przeciwnie w pewien sposób je ze sobą łączą, uzupełniają i znajdują też ciekawe podobieństwa.

Z kolei mój angielski, którym posługiwałam się przez ostatnią dekadę codziennie bardzo intensywnie zarówno w pracy jak i życiu prywatnym, osiągnął według mnie poziom dna (znowu ta surowa samoocena). O ile ze zrozumieniem nie mam nadal problemu, tak z poprawnym i zgrabnym wysłowieniem się bywa różnie. Trudno mi wpaść na adekwatne do sytuacji słowa czy zwroty. Podobno w momencie osiągnięcia swobodnego i poprawnego poziomu nowego języka (w tym wypadku szwedzkiego), mój angielski wróci na swoje dawne tory. Taką mam nadzieję, bo szkoda by było!!! Na powrót niemieckiego nawet nie liczę.

Z pełnym przekonaniem mogę jednak stwierdzić, że im człowiek młodszy tym bardziej chłonie. A chłonie jak gąbka! Tak wiec, jeśli macie dzieci (albo sami jesteście dopiero u progu dorosłości) uczcie się języków!!! To nie tylko inwestycja w przyszłość, ale również łatwiejsze przyswajanie wiedzy ogólnej.




Początkowo szwedzki brzmiał dla mnie bardzo melodyjnie bo głównie „lo-lo-lo” z częstymi zapowietrzeniami i pocharchywaniem. Z czasem zauważyłam, że intonacja zdania jest inna niż w polskim a akcent w wyrazach przypada na inne sylaby. Język jednym słowem jest bardzo skoczny i falujący. Jak w każdym języku, małe przegłosy, przeciągnięcia czy minimalnie inna wymowa np. samogłosek może całkowicie zmienić znaczenie słowa. Podobnie jest w szwedzkim. I po tym najłatwiej poznać obcokrajowca. Tu przykład na kilka „tungvrickare” czyli językołamaczy.

Na początku było mi trochę wstyd, że dukam, że wymawiam za twardo czy nie słyszę różnicy, a potem przestałam się denerwować, bo właściwie z miesiąca na miesiąc sama zauważałam zmiany na lepsze, często mnie chwalono że nie jest źle i to niemożliwe że w tak krótkim czasie… Dzisiaj nie myślę już o tym w ogóle. Łamać będę zapewne do końca moich dni, ale przyznaję że czuję się w miarę swobodnie, znaczy, nie przejmuję się. Lubię szwedzki, jego melodykę a szczególnie ciekawa jest różnorodność dialektów, słów i ich znaczeń występujących lokalnie. Niektóre wywołują u mnie nagłe i niekontrolowane wybuchy śmiechu, niektóre zainteresowanie, a niektórych nie mogę zupełnie zrozumieć.

Przykład wymowy gardłowej z okolic Kalmaru:




Trudno mi właściwie wyodrębnić tematy, w których łatwiej jest mi używać polskiego, ale ze względu na ograniczone słownictwo na pewno będą to zwroty techniczne, czyli miałabym problem z elektryką czy zakupem części wymiennych do kosiarki. Z tematem budowlanym jestem ze względu na remonty wstępnie zaznajomiona. Na bieżąco uzupełniam słownictwo przepytując córkę do sprawdzianów, a to chemia czy fizyka, ostatnio omawiałyśmy tektonikę, wulkany i zręby. Kolejny raz okazuje się, że dobrze mieć dzieci!


Pytanie o najtrudniejsze jego zdaniem (dla mnie) obszary językowe zadałam mężowi. Według niego często pytam o znaczenie nazewnictwa miast, wsi czy miejsc. Stwierdził, że do tego, co dane słowo może oznaczać często dochodzę drogą dedukcji sama ale zbytnio zagłębiam się i zadaję „za dużo” pytań.

Tu przykład nazwy miasta Växjö. Stare centrum miasta (ok. X wieku) położone jest u brzegów jeziora (jezioro – sjö), a dawny węzeł traktów handlowych, zbiegał się właśnie u jego brzegów (droga – väg). Nazwa miasta powstała zatem z zestawienia Väg+ sjö. A wymawia się następująco.


Po polsku załatwiam najczęściej wszystkie nagłe sprawy, czyli kiedy się wali i pali, to jako pierwszy włącza się automatycznie nadal ojczysty. O. jest już na tyle zaznajomiony z polskimi zwrotami, że coraz częściej łapiemy się na tym, że ja do niego „alarmuję” po polsku, a on rozumiejąc, odpowiada po szwedzku. I ratuje w potrzebie. 

Pomimo wielu śmiesznych historii i potyczek językowych, uważam że śmiało możemy nazwać nas rodziną wielojęzyczną. Podczas spotkania z innymi nacjami nie grozi nam paraliż, bo odwagę do wysławiania się w obcych językach wpajam dzieciom od maleńkości. Znając szwedzki nie mamy daleko do norweskiego i jesteśmy w stanie zrozumieć pisany ( i mówiony pooowoooli) duński. Niemieckim i angielskim O. posługuje się na bardzo dobrym poziomie. Możliwości moje i dziewczyn przedstawiłam w punktach wyżej. Łatwo policzyć. Fajnie byłoby nauczyć się również włoskiego! W końcu emeryturę planujemy spędzić w południowym słońcu.


W Polsce wiele razy spotkałam się z dziwnym poglądem, że drugim językiem urzędowym w Szwecji jest angielski. Nie jest to do końca prawda. O ile statystyczny Szwed angielski opanował w stopniu co najmniej komunikatywnym, tak będzie go używał nie żeby ułatwić innym konwersację, a po to żeby samemu poćwiczyć i odświeżyć słownictwo. Na wakacje wystarczy, do życia codziennego (pracy, codziennych konwersacji, zrozumienia i załatwienia czegokolwiek w urzędach) będzie jednak potrzebny język miejscowych. Chociaż patrząc z innej strony… u mnie w pracy (przedszkole) na porządku dziennym jest mieszanie szwedzkiego z angielskim w sytuacji, kiedy rozmawiamy przy dziecku, o dziecku a nie koniecznie chcemy żeby nas rozumiało. Wtedy operujemy zwrotami i zdaniami angielskimi. Takie mini zagrywki, bardzo ułatwiające załatwianie spraw.

W tym momencie przypomniał mi się jeszcze jeden, nie tak oczywisty język, którego podstawy dopiero poznaję – migowy. Na studiach przez krótki czas uczestniczyłam w zajęciach dodatkowych z tego języka, potem szybko się zniechęciłam i zrezygnowałam. Płyta z kartami „wymowy” w każdym razie gdzieś leży. Dzisiaj język do mnie wraca. Nie wiem jak sprawa przedstawia się w innych miastach, jednak u nas w przedszkolu jest kilka dzieci w pewien sposób opóźnionych / upośledzonych, z którymi częściowo komunikujemy się na migi. Język jest na tyle ciekawy, że inne dzieci z chęcią też się go uczą.



   
Magicznych sztuczek jak pisałam we wstępie podawać nie będę, bo każdy ma swoje własne metody, ale na początek dobrze mieć szwedzką telewizję (również przez www), dużo czytać oraz rozmawiać z rodowitymi Szwedami. Sama o język szczególnie nie dbałam (może poza wkuwaniem reguł gramatycznych) a starałam się być jak najwięcej wśród ludzi. Wiem, łatwo powiedzieć, szczególnie kiedy Szwedzi tacy wylewni J Tu przeczytacie co mam w tym momencie na myśli! Tu przeczytacie co mam w tym momencie na myśli.



Pozostając w temacie żartów (post poboczny, do którego przed chwilą zajrzeliście) wrócę do pozornie uważanych za nieistotne i nieznaczne, różnic językowych, które de facto robią wielką różnicę, przy okazji czasem nas ośmieszając. Część jest przykładem typowych homonimów lub homofonów a tylko część podobnie zapisywanych, a inaczej brzmiących. Temat dla językoznawcy.

kyssa – całować //  kissa – sikać
tak – dach // tack – dziękuję
glas – szklanka // glass – lód (do jedzenia)
soppa – zupa // sopa - zamiatać
ide – sen zimowy // idé – pomysł
banan (en bana) – tor // banan – banan
kör – kierować // kör – chór
kort – krótki // kort – kartka pocztowa
fjollen (en fjolle) – głupek // fjällen – góry (przykład poniżej)

I tu jedna z moich przecudnych pomyłek językowych. Całe szczęście nie przy ludziach (chociaż takie akcje też od czasu do czasu miewam), a podczas luźnej rozmowy z mężem.Mianowicie, zapytałam się go: 
Har du varit i polska fjollen? (Byłeś kiedyś w polskim głupku)
W odpowiedzi otrzymałam: Ser jag ut som en bög? (Wyglądam na geja?)

Tak właśnie wyglądają nasze konwersacje… On już mnie nawet poprawiać nie musi, wystarczy wrodzony sarkazm J





Można zadać sobie pytanie, jak w takim razie język polski widzą (słyszą i rozumieją) Szwedzi? Mój teść kiedy się spotykamy, mówi że przyjechały jego „uszki muszki”, bo tak mniej więcej dla niego brzmimy. Dzisiaj już wie, że polski i rosyjski to nie to samo, chociaż kiedyś tak właśnie sądził. Oto przykład szwedzkiej piosenki dla dzieci, która w mniej lub bardziej logiczny sposób sugeruje różne języki.

1.    Oryginał szwedzki: I Medelhavet sardiner simmar,
apu apu, apu apu,
men i mitt hjärta där simmar du,
apu apu, apu apu.

2. Wersja angielska: In middle ocean sardines are swimming,
apu apu, apu apu,
but in my heart there are swimming you,
apu apu, apu apu.

3. Wersja niemiecka: In Mittel-Mehre Sardinen schwimmen,

apu apu, apu apu,
aber in mein Herz da schwimmst ja Du,
apu apu, apu apu.

4. Wersja rosyjska: In Medelhavski sardinski simski,
apusskidusski, apusskidusski.
Men i mitt hjärtski där simski dusski,
apusskidusski, apusskidusski.


Generalnie wierzę w to, że jeśli komuś zależy (na czymkolwiek w życiu) jest w stanie to osiągnąć. Są osoby, które wyłącznie dla satysfakcji uczą się języków obcych, są też takie, które pomimo mieszkania za granicą przez 10 lat nie poznały podstaw. Nie wierzę w żadnym wypadku w blokady, problemy z przyswajaniem czy brakiem smykałki. Szwedzki nie jest językiem trudnym. Wymowa oczywiście może przysparzać wiele problemów, ale nie należy się zniechęcać. Każdy dzień nauki to o jeden krok bliżej do wymarzonego celu. Udało się tysiącom, dlaczego miałoby się nie udać Tobie?



  
Na zakończenie piosenka, może nie w temacie zupełnie językowym (chociaż szwedzkiego sobie posłuchacie) ale zawierająca kilka linijek, które świetnie oddają sytuację obcokrajowca przy spotkaniu z nowym językiem:

Det är så logiskt, alla fattar utom du
du har inte en aning, du har inte en aning
(To takie logiczne, wszyscy poza Tobą rozumieją,
nie masz żadnego pojęcia, nie masz żadnego pojęcia...)


A teraz zapraszam do dyskusji nad nauką języków oraz do lektury pozostałych postów w serii Klubu Polki na Obczyźnie

Wszystkie zdjecia w tym poście, jeśli nie podpisane inaczej pochodzą stąd.