04 kwietnia, 2014

samoopalacze - mój wybór




Wiosna zaczyna rozkręcać się na dobre. Za chwilę słupki rtęci zaczną pikować w górę, a my zrzucać z siebie kolejne warstwy ubrań, odkrywając niekoniecznie pięknie opalone kończyny. Osobiście za bladością nie przepadam a z promieni słonecznych korzystam kiedy tylko nadarza się możliwość. A jak brakuje słońca i czasu to smaruję się różnymi specyfikami. 

Dla tej części, która nie korzysta regularnie z solarium ani nie wygrzewa się w południowym słońcu, a chętnie nabierze koloru, przygotowałam zestawienie substancji samoopalających.




Przed nałożeniem jakiegokolwiek specyfiku musimy obowiązkowo pamiętać o oczyszczeniu skóry i wykonaniu dokładnego peelingu. Może być to peeling naturalny, który wykonacie sami w domu, np. kawowy. Ważne żeby skóra nie była w żaden sposób podrażniona czy uszkodzona. Z doświadczenia wiem, że lepiej wykonać dwa zabiegi dzień po dniu, niż jeden bardzo silny. 

Po peelingu skórę nawilżamy balsamem lub oliwką na wilgotną skórę masując do całkowitego wchłonięcia. Na tak przygotowanej „bazie” nasza opalenizna będzie prezentować się zdrowo i przede wszystkim naturalnie. Jeśli obawiacie się zafarbowanych dłoni, można skorzystać z rękawiczek jednorazowych. Ja nigdy tego nie robię ale gdybyście się zdecydowali, rękawiczki powinny wąsko przylegać do dłoni, w przeciwnym razie będą się rolować i zostawią smugi na ciele.

Wszystkie przedstawione poniżej kosmetyki testowałam na sobie osobiście. Moja skóra jest w typie delikatnie oliwkowym, z tendencją do piegów i bardzo szybkiego opalania. Zarówno na twarzy jak i na reszcie ciała bywa miejscowo sucha (w szczególności w zimie) bez skłonności do alergii.



Tonik Chesnut lotion (woda kasztanowa). 
Ten produkt odkryłam zaledwie kilka tygodni temu. Płyn nakłada się na wybrane partie wacikiem, tak jak zwykły tonik. Efekt jest natychmiastowy. Skóra nabiera pięknego naturalnego koloru opalenizny.
- PLUS płyn natychmiastowo się wchłania, jest bezzapachowy i nie pozostawia plam.  Nie ściąga ani nie wysusza skóry.
- MINUS zabieg musimy codziennie powtarzać, tzn. tonik jest zmywalny.


Żel Loreal sublime bronze. 
Stosuję od roku głównie ze względu na żelową formułę.  Po kilku godzinach skóra zaczyna nabierać złocistego odcienia, a z czasem pogłębia się. Idealny odcień na początek sezonu gołych nóg.
– PLUS bardzo łatwo się nakłada i szybko wchłania przy cienkich warstwach, pozostawia wrażenie lekko naoliwionej skóry. Bardzo przyjemny zapach podczas nakładania!
- MINUS wysusza. Używam go głównie na nogi ze względu na nieprzyjemne ściąganie. Po kilku godzinach zaczyna również wydzielać się „ten” zapach.


Chusteczki samoopalajace KICKS i DAX. 
Bardzo poręczne podczas podróży, kiedy nie chcemy zabierać z sobą całego arsenału kosmetyków. Używam sporadycznie, chociaż w szufladzie zawsze leży kilka awaryjnych sztuk. Podobne wrażenia przy obu markach.
- PLUS bardzo wydajne. Jedną chusteczką można „opalić” twarz, szyję, dekolt i ramiona.  Ładnie podkreśla opaleniznę.
- MINUS należy uważnie nakładać w okolicy brwi i linii włosów, nie polecam również osobom ze szczególnie jasną karnacją.


Pianka Lirene. 
Moja ulubiona formuła pianki. Po kilkukrotnym wstrząśnięciu wyciskamy delikatny mus, który szybko wchłania się w skórę. Stosuję najczęściej na noc w połączeniu z kremem.
- PLUS konsystencja lekkiej pianki pozwala odpowiednio dozować nakładanie, daje efekt zdrowej, dosyć wyrazistej opalenizny
- MINUS efekt utrzymuje się zaledwie 2-3 dni, po nałożeniu skóra bardzo się świeci i pachnie (a raczej śmierdzi) typowym samoopalaczem.


Podsumowując, gdybym miała wybrać tylko jeden produkt sprawa byłaby nie do rozwiązania. Każdy z wymienionych w pewien sposób mnie zadowala, dlatego korzystam ze wszystkich. Produkt idealny? Efekt natychmiastowy jak przy wodzie kasztanowej, zapach jak przy żelu Loreal, wygoda jak w wypadku chusteczek i kolor jak z pianki!


A Wy, jakie macie doświadczenia z samoopalaczami? Jakieś typy i ulubione marki?