02 maja, 2014

nasz pierwszy bieg - Växjöloppet




Tak, zrobiliśmy to! Coroczny (w tym roku 47) bieg Växjöloppet już za nami. Jak do tego doszło, ile trwało i dlaczego jest to wydarzenie dla mnie szczególne dowiecie się z historii poniżej.



Historia naszego biegania zaczęła się niecały roku temu, na przełomie maja i czerwca, tak dokładnie pamiętam  - zrobiłam sobie prezent na dzień dziecka! Jak wyglądały początki możecie przeczytać TUTAJ. Nadszedł wrzesień, a my małymi krokami osiągaliśmy kolejne wyznaczane sobie cele. Potem kolejno poprzez szare i ciemne miesiące, uparcie dążyliśmy do realizacji punktów. W styczniu czułam że jest dobrze, że dajemy radę! Co tam śnieg, co tam wichury – cisnęliśmy. Była moc! Dłuższe trasy, lepsze czasy, nowe wyzwania, nogi same niosły. Nasze doświadczenia podsumowałam TUTAJ . 

Podczas jednej z wielu biegowych rozmów pada propozycja żeby wziąć udział w corocznym biegu majowym. Luźno obiecujemy sobie że tak, dlaczego nie, weźmiemy udział. Nie do końca wiemy jednak na jakiej długości. Do wyboru 5, 10 i 21km. Ostatnią rozsądnie odrzucamy.  To nie na nasze siły póki co. Piątkę robimy lekko, dyszka będzie wyzwaniem. Fajnie byłoby zmieścić się w godzinie. Taki wstępny plan.

Luty: Stało się, padła ostateczna decyzja, trasa 10 km będzie ok. Rejestracja, płatność, klepnięte. Jesteśmy na liście. Wyniki w miarę przyzwoite (nie będziemy w każdym razie ostatni), może się uda złamać godzinę.

Dwa dni przed: Zaczynam się powoli stresować, nie rozważam rezygnacji, wręcz przeciwnie – jestem zmotywowana, rozemocjonowana… Ostatni trening wykonujemy na krótkiej trasie dowalając sobie „do pieca” robiąc podbiegi i interwały. Na koniec ćwiczenia ogólnorozwojowe na trawniku w ogrodzie. O. odpuszcza drugą rundę. A potem jeszcze deska. Nie zauważam nawet kiedy robi się ciemno. Czuję się jak w endorfinowym transie.

Dzień przed: O. odbiera rano numery startowe, teraz już czuję że to się dzieje naprawdę. W pracy rozmawiam z koleżanką która biega półmaratony, klepie mnie pociesznie po ramieniu i życzy powodzenia, wierzy we mnie – budujące uczucie.  A mnie zaczyna wieczorem boleć z nerwów brzuch. Chcę pobiec najlepiej jak potrafię, ale nie wiem czy dam radę rozłożyć racjonalnie siły na całej trasie. Obliczam tempo, analizuję…

Dzień biegu: Wstaję bez budzika. Idę poćwiczyć trochę do ogrodu i rozbiegać nogi. Pogoda idealna, czyste bezchmurne niebo, lekki wiatr, nie za ciepło.  Koło śniadania przychodzi sms od Sanny – życzy mi powodzenia i absolutnie nie mam powodu żeby się stresować. Łatwo się mówi jak się biega jak sarenka!  Przypominam sobie jednak jej słowa…  „wiesz jak się biegnie w tłumie to się nie czuje tak bardzo własnego tempa, patrz przed siebie i szukaj osoby za którą chcesz biec, zobaczysz jak dobrze Ci pójdzie…” Wierzę w to, cały czas wierzę.


Pół godziny przed startem jesteśmy na miejscu. Atmosfera zabawy, ludzie uśmiechnięci i weseli, udziela się i nam. Krótka rozgrzewka i ruszamy.  Pierwsze dwa kilometry dosyć ciasne, pomimo tego że podzieleni zostaliśmy na strefy prędkościowe, ludzie się kleszczą. Wyprzedzamy sporą grupę pozostając w realnym tempie. Wraz z przebiegniętymi kilometrami grupa się rozciąga. Znalazłam mojego „lidera”, O. jeszcze o tym nie wie…  Wysoki mężczyzna z pomarańczową opaską na włosach, typ dziecko-kwiat. 
W połowie drogi sprawdzam kontrolnie czas, jest dobrze, jeśli pobiegniemy tym tempem całą trasę, zejdziemy spokojnie poniżej 60 min. Gdzieś w okolicy 7 km czuję, że opadam z sił, w lesie na podbiegu gubię mojego hipisa, widzę go ale nie mam siły dogonić. Potem jeszcze kilka razy się pojawia ale czuję że już mi przepadł. Jest dokładnie tak jak zakładałam, czułam że na tym etapie biegu może dopaść mnie zmęczenie, nogi robią się ciężkie. Nic tam, trzeba walczyć dalej. Ostatni kilometr znów w euforii, bo wśród kibicujących obserwatorów. Widzimy już linię mety, ostatnia prosta i już. Jesteśmy w domu.


Nie udało się nam złamać magicznej godziny. Zabrakło 1 minuty. Jedna krótka minuta. Jesteśmy jednak pozytywnie zaskoczeni, bo poprawiliśmy najlepszy czas o całe 5. Sanna miała rację, tłum nas prowadził, narzucił nam tempo.
Podsumowując, było pięknie! Jesteśmy zadowoleni chociażby z tego powodu, że kolejny raz pokonaliśmy nasze słabości. Wyznaczyliśmy sobie cel i dążymy do niego, a że nie zawsze się udaje… to nic wielkiego, następnym razem z pewnością się uda. Nie wierzę – ja to wiem! 

Każdego dnia, każdego wieczora układam sobie w głowie plan i powoli, małymi krokami go realizuję. Niedługo mija rok naszej biegowej przygody. Tak długo i tak krótko zarazem. Od marnych przepłakanych i przeklętych 3 kilometrów, których nie dawałam rady przebiec na raz, do dyszki którą nie pierwszy już raz zakończyłam z uśmiechem na ustach i satysfakcją. Jestem dumna.

Bo siła siedzi w głowie, nie w nogach…


Ahh.. i jeszcze jedna sprawa. Na mecie odnalazłam mojego hipisa. Podeszłam i podziękowałam. Miny tego pana i O. bezcenne! Zaskoczenie na całej linii i śmiechu co nie miara. Tak jak lubimy najbardziej. 

Za rok tu wrócimy... a właściwie nie za rok, a za tydzień - na kolejne zawody!