14 maja, 2014

wiosenna radosc z Vår Ruset



Vår Ruset. 17 miast Szwecji, corocznie od 1989 roku, na przełomie maja i czerwca organizuje wiosenny bieg. Pierwsze biegi zainaugurowane zostały w Sztokholmie, Malmö, Norrköpingu, Örebro, Gävle i Sundsvall i łacznie w pierwszym roku wzięło w nich udział 14 411 uczestniczek. Z roku na rok grono się powiększa licząc obecnie 17 miast z ponad 3 milionami kobiet z całej Szwecji. 
Inspiracją do zorganizowania biegu były wcześniejsze Maraton Sztokholmski  (inaug. 1979) oraz Tjejmilen (1984) które obecnie również biją rekordy popularności.


Trasa biegu uzależniona jest oczywiście od topografii miasta ale prowadzi zazwyczaj poprzez tereny zielone. Spójną cechą wszystkich jest dystans 5 kilometrów – z założenia całkowicie przystępny, również dla osób nie trenujących na co dzień. Trasę można przebyć biegiem, truchtem czy też spacerem. Opcjonalnie można wystartować w pierwszej linii z magnetyczną kartą biegową mierzącą czas, większość jednak robi to samodzielnie. Zresztą w całej imprezie chodzi głównie o dobrą zabawę i miłe spędzenie popołudnia w sympatycznym, wyłącznie kobiecym gronie.

Główną dowodzącą i kołem napędowym biegu jest Blossom Tainton Lindquist, popularna piosenkarka i tancerka (3 krotnie w Melodifestivalen z zespołem Afro-dite), obecnie pracująca również jako trener personalny.

Dzięki współpracy klubów z całego kraju pomysł z roku na rok nabierał coraz większego rozmachu a co za tym idzie, rosło zainteresowanie nie tylko uczestniczek ale też sponsorów. Dzięki temu w 1994 roku wprowadzono współzawodnictwo grupowe i jako dodatek do nich torby piknikowe. Jednym słowem, z imprezy stricte sportowej Vår Ruset stał się dobrze zorganizowanym wiosennym wypadem koleżeńskim w połączeniu z zawodami biegackimi w grupach. Obecnie grupy zorganizowane stanowią 90% z ogólnej liczby uczestników.
A tak sprawy się mają w Realu KLIK 


Tyle faktów. Nasza trasa przebiegała wokół jeziora w centrum miasta, poprzez park, częściowo osiedle domków, tereny pływalni miejskiej oraz promenadę nad wodą. Ścieżka dla mnie znana bo trochę kilometrów już po niej wydeptałam, więc czułam się pewnie, chociaż dało się odczuć że towarzystwo było na bardzo różnych poziomach. Niektóre babki gnały jak gazele, inne z lekkim smutkiem spoglądały na mijające je tłumy. Gdzieś tam w środku uplasowałam się ja. Nasza brygada rozpadła się na pierwszych kilkuset metrach, bez żalu bo niczego sobie przed startem nie obiecywałyśmy, zresztą dlaczego niby miałybyśmy wyrównywać do najsłabszego?  Uciekłam im jednym słowem. Miałam na oku jedną taką strzałę ale mi szybko myknęła. Potem znalazłam jeszcze jedną i tak ją goniłam prawie do końca. Potem księżniczka opadła z sił albo we mnie wstąpiły jakieś nadprzyrodzone moce, bo ją na ostatniej prostej wyprzedziłam. A właściwie to nie, żadne moce, pełno ludzi było przy bandach i „hejowali” (Szwedzi kibicują heja, heja!) to się człowiek naprężył i cisnął, trwadym trzeba być nie mientkim. 


W rezultacie poprawiłam czas bijąc nowy rekord ze średniej. Gdybym takie wyniki miała na dyszce, oj to by było! Ostatnio tak dobrze biegło mi się w lesie u teściów ale tam to z górki więc na luzie się jedzie. Na mecie dla wszystkich oczywiście medale i gratki, szczęśliwe buzie i uściski, takie tam dziewczyńskie sprawy. Radość jak byśmy co najmniej w totolotka wygrały.


A po wszystkim elegancko rozłożyłyśmy się na macie i chwilę posiedziałyśmy. Tylko chwilę bo pogoda do biegania była może i dobra ale do siedzenia już mniej. Pochmurnie i trochę deszczowo, zawiewało od jeziora a też można się domyśleć że pierwszej świeżości nie byłyśmy, więc jakoś tak średnio zależało nam na długaśnych posiedzeniach. Wszamałyśmy co tam darowane w zestawie piknikowym, pogadałyśmy trochę i tyle. Do 21 zeszło w sam raz. Bardzo dobrze spędzony wieczór. I mam wrażenie, że urosłam trochę w oczach dziewczyn, nie spodziewały się że mam tyle mocy w kopytach żeby je (poza jedną) przegonić. Ha!