24 czerwca, 2014

rucolowe pesto



Aż strach sprawdzać prognozy pogody! Chociaż z drugiej strony, co to za nowość że leje. Szczególnie zakorzenić się na szwedzkiej ziemi jeszcze nie zdążyliśmy ale z obserwacji wnioskuję że lata bez deszczu raczej się tu nie uświadczy. Podlewa nas co roku. Najpierw pokusi ciepełkiem w maju żeby w drugiej połowie czerwca i przez praktycznie cały lipiec (no ok, kilkanaście słonecznych dni pod rząd  też się czasem zdarza) lało jak z cebra, siąpiło, mżawiło, niby nie padało ale coś tam cieknie… sucho w każdym razie nie jest. A kosić trzeba. Jeszcze by wielkiego problemu z koszeniem nie było gdyby człowiek mógł się w wolnej chwili walnąć na leżak tudzież hamak i ponicnierobić. A tak to tylko kalosze i ślimaki.


Kilka dni nas nie było, po powrocie też nikt się w wir pracy rzucać koniecznie nie miał ochoty… do wczoraj. Wracam z pracy i robię szybki (w zamierzeniu) obchód po włościach. Matulu kochana… nie wiadomo czy się śmiać czy płakać. Króliki by się przydały, bo tyle zielska to choćby nie wiem co, nie damy rady zjeść.


***


Przepis na takie podstawowe pesto podawałam kiedyś dawno temu, w zamierzchłych czasach na samym początku bloga. TU proszę link.   
Dzisiejsze będzie trochę inne, bo na bazie tego co nam w nadmiarze narosło, czyli rucoli.



Co potrzebujemy:
liście rucoli
garść orzechów włoskich
kilka ząbków czosnku
kawałek dobrego twardego sera (użyłam „stark präst”  -dojrzałego i  twardego, o  wyrazistym i ostrym smaku)
oliwa z oliwek
sól

A tak przygotowujemy:
Wszystkie składniki wrzucamy do blendera i miksujemy pulsacyjnie do uzyskania gładkiej konsystencji.  Nie piszę w jakich ilościach bo pesto robię na czuja, z tego co pod ręką. Po przelaniu do słoika i zalaniu odrobiną oliwy na wierzchu, sos można przechowywać nawet do kilku tygodni. U nas zazwyczaj znika bardzo szybko, chociaż przy dzisiejszej ilości może być potrzebne trochę więcej czasu.



Cmokam i dziękuję za wszelkiego rodzaju słowa wsparcia w poprzednim poście. Mogłabym pomęczyć jeszcze temat i przedyskutować kilka spraw w komentarzach, zdecydowałam jednak że odpuszczam, to nadal boli. Może kiedyś przy okazji wrócę..  

Cytujac Nietzschego: „Co nas nie zabije to nas wzmocni”.