30 lipca, 2014

Cypr (del 1)



Jak nie wiadomo, od czego zacząć, to najlepiej zacząć od początku. A początek był taki, że jak co roku planowanie wakacji zaczęłam tuż po zakończeniu poprzednich. W głowie był plan Portugalia lub Chorwacja samochodem (tak spodobały nam się zeszłoroczne całkowicie samodzielne wojaże) kontra wygoda i czarter gdzieś do ciepełka. Planowałam ambitnie, ze zwiedzaniem i poznawaniem nowego, tylko te cholerne kilometry i siedzeniem za kółkiem po 12 godzin, co dwa trzy dni… męczące, wieczorem trzeba się pilnować żeby rano skoro świt zerwać się na nogi i dalej gnać. Ehh, chyba nie do końca o to nam chodziło.  Najfajniejsze czartery wychodzą oczywiście ze Sztokholmu i Kopenhagi (patrząc na naszą lokalizację), więc tu pojawia się problem (chociaż jaki to problem?) dojazdu. Nie ma sprawy o ile wylot po południu i powrót rano, ale wtedy tracimy dni na miejscu. Coś za coś. Innymi słowy i tak źle i tak niedobrze.  

Pewnego pięknego dnia zostałyśmy (ja i dziewczyny) postawione przed faktem dokonanym. Kochanie, kupiłem bilety, lecimy na Cypr. Z domowego lotniska, na bite 2 tygodnie, ze zjeżdżalniami (tak sobie życzyły panny), dwa pokoje, nie będziemy sobie wchodzić na głowy.  Szczerze, sama nie wybrałabym tego kierunku w pierwszej kolejności ale cóż, darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby, szczególnie kiedy to taki nie najgorszy koń. No to poplanowaliśmy mniej więcej, w tym roku trochę mniej niż zazwyczaj, bo zabrakło czasu.




Nic tam, wróciliśmy. Było świetnie, jak zawsze.  Cypr podzielony jest na dwie części, południową cypryjską – nazwałabym ją grecką i północną pod okupacją turecką. Byliśmy w obu częściach i jedno, co mogę stwierdzić na szybko, to fakt, że nikt na tym trwającym od lat sporze nie zyskuje. O różnicach przeczytacie niebawem w jednym z kolejnych postów a dzisiaj zabieram Was od razu na wycieczkę objazdową. Jakiś czas temu moja dawna koleżanka ze studiów napisała mi, że wykształcenie zobowiązuje, zatem jak na prawdziwą TIRówkę przystało, wybierzemy się w trasę!


Objazd zrobiliśmy sobie sami, według własnych „widzimisię” omijając niestety część zaplanowanych wcześniej punktów – zabrakło nam najzwyczajniej w świecie czasu.
Mieszkaliśmy w południowo-wschodniej części wyspy, w imprezowej wiosce Ayia Napa i stąd rozpoczynaliśmy nasze wypady „za miasto”.  Samo miasteczko poza niezliczoną ilością klubów, pubów i innych nocnych domów uciech nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Klasztor i muzeum morskie giną w tłumie rozwrzeszczanych turystów i milionie kiczowatych straganów z produktami lokalnymi made in China. Sytuację ratują przepiękne plaże, zarówno piaszczyste jak i skaliste oraz lokalizacja idealna do jednodniowych wycieczek. Do plażowania miejscówka bardzo dobra, do siedzenia na miejscu, nie polecam, no chyba że planuje się wyłącznie leżakowanie bez wychodzenia po za bramy resortu.



Wracając do tematu głównego. Na Cyprze obowiązuje ruch lewostronny, więc wyzwaniem było już samo wypożyczenie samochodu, jednak mając na uwadze wcześniejsze nasze doświadczenia długo się nie zastanawialiśmy. Decyzja zapadła jeszcze przed wyjazdem. Swoboda w poruszaniu się i samodzielne gospodarowanie czasem są nieporównywalne ze zorganizowaną wycieczką fakultatywną. Zatrzymujesz się kiedy chcesz, gdzie chcesz i na jak długo chcesz. Zaglądasz w każdą dziurę i szerokim łukiem omijasz grupy z parasolką. Na minus mamy oczywiście kwestię informacyjną i świadomość, że nic złego nie stanie się z pojazdem, no ale coś za coś. W ten sposób zjechaliśmy wcześniej Rodos i Zakynthos i bardzo nam taka opcja odpowiadała.


Krótka chwila grozy przy pierwszych kilometrach i zjeździe do trasy głównej a potem już jedzie się dobrze. Usilne próbowanie zmiany biegów prawą ręką (uderzając w drzwi) i nieudolne manewrowanie lewą to i tak nic w porównaniu do wjazdów na ronda. Naprawdę, trzeba być bardzo skupionym żeby z rozpędu nie wjechać pod prąd. Całe szczęście miejscowi są bardzo wyrozumiali i mają na uwadze fakt, że wśród turystów (pomimo przeważającej w większej części Brytyjczyków) są kierowcy, którzy na co dzień jeżdżą prawą stroną. Generalnie cypryjskie drogi są w dobrym stanie, z jasnymi opisami i informacjami. Ograniczenie prędkości do 100 km/h (uwaga na radary) oraz bardzo wysokie mandaty – wyrzucenie śmieci przez okno samochodu może nas kosztować 854 €. Wzdłuż południowego wybrzeża biegnie dwupasmowa droga szybkiego ruchu, którą w ciągu około dwóch godzin można dostać się z jednego końca wyspy na drugą.

Nasza trasa biegła od wspomnianej Ayia Napy poprzez Larnakę i Limassol (Lemesos) do Pafos.  To tam rozgrywały się najważniejsze historyczne wydarzenia na wyspie. Miasto powstało około 320 r. p.n.e. założone przez Egipcjan. Później za czasów Cesarstwa Rzymskiego rosło w siłę. Pozostałości, ruin i nawiązań do wydarzeń mitologicznych jest w tym miejscu tak dużo, że Pafos, jako całe miasto zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa. W linku bardzo przydatna MAPA PAFOS 


Do Pafos wjechać można w dwojaki sposób, kierując się na północ do nowej części miasta Pano Pafos lub wzdłuż brzegu, kierunek stary port rybacki – Kato Pafos. My wybraliśmy drugą opcję, bo tam skupiała się większość interesujących nas zabytków. Bezpośrednio przy nabrzeżu znajduje się duży darmowy parking. Tam zostawiamy samochód. W jednej z licznych kafejek przy marinie pijemy mrożoną kawę i kierujemy się w stronę Fortu z XIII wieku, przekształconego później w więzienie. Wejście poprzez most zwodzony, wstęp płatny  2,5 €. Warto poświęcić kilka chwil chociażby dla samych widoków. Patrząc w kierunku północno – zachodnim widzimy ruiny dawnych domostw rzymskich dostojników, dawny teatr i latarnię morską. Tam koniecznie musimy się udać, bo to główny cel naszego dzisiejszego wyjazdu.


Myślami cofamy się do roku 1962. Wiejski chłop orze swoje nadmorskie poletko, ziemia kiepska, wysuszona gorącym słońcem, tylko drzewa oliwne i figowce są w stanie znieść taką suszę… Tak możemy sobie wyobrazić moment, kiedy to jeden z miejscowych rolników odkrywa, iż pod jego nogami znajdują się ruiny dawnego cesarstwa.  
Na dzień dzisiejszy znane i odkryte są dawne domy Dionizosa, Tezeusza, Aiona i Ofreusza. Głównym celem badawczym są bardzo dobrze zachowane mozaiki. Drobno ułożone kawałki równo przyciętego kamienia w różnych kolorach, ciągnące się metrami. Fenomenalne! Badania i odkrywki na tym nowym – starym obszarze trwają do dziś i możemy się tylko domyślać, że jeszcze dużo pozostało do odkrycia.  Ciekawostką jest fakt, że od 1965 roku pracowali nad nimi badacze z Uniwersytetu Warszawskiego. Ziemne „obrazy” przedstawiają głównie sceny z życia, portrety czy historie mitologiczne. Sąsiadująca agora i amfiteatr wskazują, że to właśnie tu znajdowało się starożytne miasto Pafos. Na zwiedzanie tego obszaru założyliśmy wstępnie około 2 godzin, co okazało się niewystarczające.


Dla wytrwałych mały przerywnik tematyczny.

***
Na terenie kompleksu znajduje się budynek z wystawą dotyczącą ptaków. Cypr jest ważnym punktem podczas lotów międzykontynentalnych (Europa, Afryka i Azja).  Każdej wiosny i jesieni nad wyspą przelatuje ponad 200 gatunków, co daje około 150 milionów ptaków! Około 40 gatunków podczas swoich podróży zatrzymuje się na wyspie i zakłada gniazda, część składa również jaja. Ogólnie (miejscowe i goszczące) na Cyprze notuje się około 400 gatunków ptaków.  Motyw ptaków odnaleziony został również na mozaikach i przedmiotach użytkowych z obszaru dawnego polis.  Warto zajrzeć. Wstęp wliczony w cenę główną, za zwiedzanie całego parku archeologicznego zapłaciliśmy 3,5€ / os. Atrakcja warta każdego centa.


Kierując się na północ miasta zahaczamy o cypryjską tawernę, gdzie jemy jeden z najlepszych lunchy całego wyjazdu ( o jedzeniu też będzie osobny post), a następnie mijamy Katakumby Agia Solomoni. Historia mówi, że Samlomoni była jedną z pierwszych która przeszła na tym obszarze na chrześcijaństwo, a katakumby były miejscem gdzie ukrywała się przed prześladowaniem ze strony Rzymian.  Nie wiedząc o istnieniu tego miejsca można minąć je niepostrzeżenie. Naszą uwagę przykuły wiszące na drzewie białe kawałki materiału, zostawiane jako ofiara dla Solomoni, przez odwiedzających.


Około trzy kilometry na północny zachód od centrum (nad brzegiem morza) znajduje się kolejny park archeologiczny (wstęp 2,5€). To tak zwane grobowce królewskie. Tak naprawdę nie znajdziemy tam grobowców żadnych władców, a jedynie wysokich rangą dostojników państwowych. Niektóre są tak wielkie, że wyglądem przypominają domy. Za każdym razem, kiedy jestem na terenie starożytnych ruin nie mogę wyjść z podziwu, że wszystko to zostało wykonane ręcznie, bez użycia specjalistycznych maszyn. Niesamowite! Jaka siła, jaka precyzja. Tutaj też warto poświęcić kilka chwil na dokładne obejrzenie, szczególnie że samo dojście z centrum do grobowców do najłatwiejszych nie należy. Warto mieć ze sobą wodę i coś do ochrony głowy. 


Z grobowców drogą na skróty, małymi uliczkami miasta, przebijamy się do północnej części.  Samo centrum szczególnie nie zachwyca, jedno co według nas warto było odwiedzić to miejski bazar. Czynny codziennie oprócz niedziel, od wczesnych godzin porannych do 14:00. Na rynku czeka na nas oczywiście zalew produktów przygotowywanych pod typowego turystę, czyli figurek, plakietek i innych życiowo (nie)zbędnych przedmiotów, my jednak nie po to tu przyczłapaliśmy. A człapać trzeba było wysoko, bo rynek leży na samym szczycie wzgórza. Zdążyliśmy tuż przed zamknięciem. Sprzedawcy chowają wystawki i zamykają już swoje stragany, a uliczki robią się puste. Nam zależy, szukamy skórzanych sandałów dla S., klasycznych w tzw. stylu gladiator, z paskami i zapięciem przy kostce. Sama zdzieram obecnie drugą parę, pierwsze służyły mi 5 lat, drugie obchodzą w tym miesiącu drugie urodziny. Wygodne, mocne, wytrzymałe, z prawdziwej skóry, praktyczne bo zniosą bez problemu deszcz, ręczna robota … same zalety. Również cena zachęcająca, bo zazwyczaj oscylują w granicach 20 € i więcej moim zdaniem nie powinno się za nie zapłacić. Jako ostatni klienci tego dnia, kupujemy.


Z bazaru wychodzimy przez zachodnią stronę. Przed nami widok taki, że zapiera oddech. Patrzę na zdjęcia i już mnie tak nie zapiera, widać fotograf ze mnie kiepski. Czuliśmy, że wchodziliśmy wysoko ale nie aż tak. Krótkie odsapnięcie w cieniu i schodzimy. Mijamy eleganckie kamienice (urzędy) oraz biedne obdrapane bloki mieszkalne. Tą szczególną różnicę w wyglądzie zauważyliśmy też w innych miastach. Użytki publiczne bardzo zadbane, z wystrzyżonymi trawnikami oraz równą kostką brukową, domy zwykłych ludzi to często kostki pokryte cienkim słomianym dachem lub gipsowymi płytami. Piękne drewniane okiennice kontra metalowe siatki. Kraj kontrastów.


Mamy już popołudnie, a przed nami jeszcze kilka atrakcji. Wracając do samochodu decydujemy, że odpuszczamy Kourion i Choirokoitia, kolejne kompleksy archeologiczne i jedziemy prosto na plażę, na skały Afrodyty…  

ale o tym następnym razem.





Wytrwałym, którzy przebrnęli przez cały tekst gratuluję :D