07 lipca, 2014

szwed w samolocie




Nareszcie. Za kilka dni wyłączę komputer i pójdę po walizkę. Załaduję, przemyślę, przeładuję, dołożę, odłożę, zważę… Wakacje, urlop, słodkie lenistwo… hmmm, wstęp jak setki innych, do czego piję.. 

Kilka dni temu natknęłam się na świetny artykuł traktujący o podróżach, zgrabnie złożony w kilka punktów i okraszony zdjęciami tematycznymi. Pomyślałam sobie wówczas, że jednak niezależnie od tego gdzie jesteśmy, w jakim kraju żyjemy i w jakich kręgach przebywamy, dotyczą nas te same sprawy. Drażnią nas tak, że chcemy krzyczeć, trzaskać z otwartej łapy i natychmiast wracać do domu.

Dzisiaj o tym, czego nie robić podczas podróży samolotem, na początek widziane oczami pracowników linii lotniczych, a potem samych Szwedów. Jak się przekonacie, temat jest bardzo uniwersalny , a problem dotyczy obu stron.

 Foto: szwedzki klasyk filmowy: ”Sällskapsresan eller Finns det svenskt kaffe på grisfesten – The Charter Trip”, 1980 

Dobrze więc, jesteśmy już po odprawie, wchodzimy do samolotu i zajmujemy swoje miejsce. Na dzień dobry kop z tyłu i rozłożone siedzenie pasażera z przodu. Między siedzeniami na podłokietniku ląduje cudza goła nie do końca czysta stopka a w tle słychać bandę rozwrzeszczanych dzieciaków. Witamy na pokładzie. 
Założę się, że rozpoznajecie chociażby jeden punkt z tego zdarzenia. Każdy z nas już kiedyś to przeżył, klął pod nosem i obiecywał sobie, że to już ostatni raz…

Poniższe punkty to podsumowanie ankiety wykonanej na 3 tysiącach stewardess różnych linii lotniczych (bez nazw, bez nazwisk ;) ) na całym świecie. Mocno zestresowanych stewardess, które swoje wnioski zebrały nie tylko na podstawie własnych odczuć ale też obserwacji pasażerów.

***

- alejkowa joga. Pomyśleć tylko, że tylu sportowców mamy na świecie. Całe godziny w pozycji horyzontalnej przed telewizorem mają się nijak do kilku godzin spędzonych na pokładzie samolotu. Wąski korytarzyk i „kuchnia” stewardes to przecież idealne miejsce na rozciąganie, przysiady i pozbywanie się napięcia spowodowanego podwyższonym ciśnieniem. Spacerki od toalety do toalety to drugi stopień wtajemniczenia, tu można jednocześnie zdenerwować nie tylko obsługę ale też współpasażerów. Tu trzask w kolanko, tam dupeczką po twarzy, pacha na wysokości głów. Bosko!

- „tam przecież jest wolne!” Tanie linie mają to do siebie, że sprzedają najczęściej nieoznaczone miejsca.  To, że najpewniej ich zabraknie doświadczyliśmy już przy odprawie, kiedy to tłum rzucił się do bramek jak dzikie psy na żer. No ale przecież jak już się udało i jesteśmy na pokładzie… a tam, o tam, proszę pani jest wolne i na dodatek dużo więcej miejsca na nogi! Owszem jest wolne, bo i miejsca dodatkowo płatne. Często się słyszy, „płacę to wymagam” - płać więc a będzie ci dane! I się nie pchaj!

- łapy przy sobie. Siedzimy już więc cichutko, sygnał odpięcia pasów zabrzmiał, miłe panie wjeżdżają z szerokim uśmiechem i wózkami z dobrodziejstwem. Apel szczególnie do panów: do kontaktu z ową istotą służy nam aparat mowy, nie koniecznie odwłoki. Nie pukaj, nie stukaj, nie ciągnij za spódnicę, a co najgorsze nie szturchaj śmieciem. 

- nogi też. Dla gołych zmęczonych dniem stóp nie znajdziemy miejsca na siedzeniu, ani na oparciu, tym bardziej nie na wysokości twarzy współpasażera. Tu już sprawa nie rozbija się o wygodnictwo ale o zwykłą ogładę. Siedząc u znajomych czy w restauracji też nie machasz gołymi pytami pod żyrandol… No chyba że jest inaczej.

- najmniejsze toalety świata. Jeśli nigdy nie korzystałeś to z ciekawości pewnie zajrzałeś do samolotowej toalety.  Przypomina klatkę dla kanarków połączoną z norą lisów. A zauważyłeś, że podłoga jest tam najczęściej mokra? Niestety, to nie woda… Załatwienie swoich potrzeb w takiej klitce nie należy do najłatwiejszych, szczególnie na wysokości kilku tysięcy metrów i przy niespodziewanych turbulencjach. Wracając do poprzedniego punktu - chodzenia na boso po samolocie,decyzję pozostawiam do samodzielnego rozważenia…

- podręczny tobołek. Według obowiązujących norm powinien być mały i lekki, według wymiarów przewoźnika. Powinien ale najczęściej nie jest. Oczywiście, że chciałoby się uniknąć nadawania i zapakować się tylko w podręczny. Może i ten numer przejdzie. Jeśli przejdzie to zadbaj o niego samodzielnie. Stewardessa czy pasażer obok to nie ciężarowiec, a tym bardziej twoja niańka żeby pomagać, ułatwiać i usprawniać wciśnięcie w luk maluteńkiego przecież tobołu pakuneczku ważącego 20 kg za dużo…  Bo przecież pelerynę, sombrero i płetwy przy odprawie miałem na sobie! 

- prywatne sprawy załatwiaj prywatnie. Trzy godziny lotu. Książka, gazetka, muzyczka a potem to już dowolnie. Jednak paznokcie u stóp obetnij w domu, szczotkę do włosów wyczyść w łazience a zęby wynitkuj po śniadaniu. Aha, i te deseczki w oparciach siedzeń nie służą do zmiany pieluch. 

- halo halo tu ziemia. Pewnie, że słuchawki są na podstawowym wyposażeniu podróżującego. Małe, lekkie, przydatne. Nie przeszkadzają nikomu. Chyba że, ta pani machająca przed nami rękami ma coś ważnego do przekazania. Tak, ta sama która w razie wypadku będzie ratować ci życie. Dobrze byłoby wiedzieć chociaż jak ma na imię.

- to nie moje. Dzieci w samolotach to temat na książkę. W kilku tomach. Opasłych. Umęczone, niewyspane, rozdrażnione, pobudzone dużą dawką cukru. Krejzole latające po sufitach. Pomimo tego, że sama jestem mamą dwójki, w samolocie nie pozwalam wchodzić sobie na głowę i tego samego wymagam od innych. Wbijanie wzrokiem w fotel opanowałam do perfekcji, bez słów, bez emocji. Naszą sprawdzoną metodą jest rozdzielenie na dwa rzędy. W jednym jeden rodzic plus dziecko, w drugim drugi. Nie będzie kłótni, nie będzie poszturchiwania.  Gorzej, kiedy rodzice uważają, że to co robią ich dzieci jest zabawne… i są ich najlepszymi towarzyszami zabaw. 

- trzy magiczne słowa. Proszę, dziękuję, przepraszam. Proste jak drut a tak często pomijane. Milczeniem, zbywaniem, ignorancją. Pewna linia lotnicza zrobiła eksperyment. Postanowiła obdarować butelką wina pasażera, który podczas lotu użyje w ich stronę zwrotów „proszę” i „dziękuję”. Czas oczekiwania na tak skomplikowaną korelację trwał 4 dni…




I tyle na temat przemyśleń punktów z artykułu. Dziesięć punktów podszytych szyderą. Naturalnie można przedstawić je w inny, bardziej kulturalny sposób, ale nie o to mi chodziło. Czytając zestawienie było mi w kilku wypadkach trochę głupio, bo złapałam się na tym, że jednak z ogładą zdarza się być u nas na bakier. Nie mówimy dzień dobry, nie dziękujemy przy wyjściu. O uśmiechu nie wspomnę. Słuchawki na uszach podczas demonstracji to norma, przecież tyle razy już to widzieliśmy… Przedyskutowałam temat pokrótce z domownikami. Postanowiliśmy, że od najbliższej podróży będzie inaczej.

***

A jak sprawy mają się na szwedzkiej ziemi? Co najbardziej irytuje Skandynawów? Czego nie lubią? Z ankiet i wypowiedzi na forach wynika, że najgorsze jest kopanie w plecy (43% badanych) i rozkładanie siedzeń do pozycji półleżącej (38%) oraz niegrzeczne dzieci (36%). Do tego dochodzą m.in. rozpychanie się na boki, nieświeży oddech i spocone pachy sąsiada, zostawianie po sobie brudnej łazienki i głośne zachowanie. W sumie nic specjalnego prawda? Światowe trendy stwierdziłabym.


Zaskoczyła mnie skarga na pchających się pasażerów, bo Szwedzi nie mają raczej w zwyczaju wymuszać pierwszeństwa. Chodzi o przepychanki przy boardingu jak i przy odbiorze bagażu. Widać i takie przypadki się zdarzają. Nie zaskoczyło mnie natomiast narzekanie na pijących na umór. Alkohol w Szwecji jest dosyć drogi w porównaniu z innymi krajami, dlatego też duża grupa podróżujących lubi sobie chlapnąć już po drodze. Z jakim efektem wiadomo. Tych osobników nie lubi wg badań średnio co 3 pasażer. A po takim spożyciu płyny trzeba gdzieś zwrócić. Tu pojawia się temat nadmiernego korzystania z toalet. Dwugodzinny lot a kolejka jak po mięso w PRL’u. Sikacze denerwują zarówno obsługę jak i współpasażerów. Częstotliwością i czasem korzystania.

Wracam ponownie do tematu siedzeń; szarpanie za siedzenie pasażera przed (wyrywając przy okazji trochę włosów) zamiast opierania się na własnych podłokietnikach przy wstawaniu. Hell yeah, podpisuję się pod tym!  Żeby nie było za nudno, w podobnych rytmach – rzucanie się na fotel tak, że zawartość tacy z oparcia ląduje nam na kolanach…

Znalazło się i miejsce na narzekanie na obsługę. Zimną i surową, zmęczoną irytującymi pytaniami i prośbami. Tak, to te same miłe panie z apaszką na szyi, które narzekały na pasażerów ze wstępu. Z drugiej strony nie ma się co dziwić, kiedy podczas każdego lotu słyszy to samo: Nie przy oknie, wyłącznie przy oknie, za zimno, za ciepło, wieje, duszno, zapiąć pasy, nie wstawać, nie łazikować. Każdy by wariował!




Taki pogląd na zachowanie innych podczas podróży samolotem mają Szwedzi. Słowa nie znalazłam o klaskaniu i gwizdach, widać to typowo polskie "tradycje", chociaż wiem że i Włosi lubują w tego rodzaju rozrywkach. Pozostałe odruchy przyznacie, okazują się być bardzo uniwersalne i drażniące wszystkich, niezależnie od kraju pochodzenia.


Ciekawa jestem jak Wy widzicie siebie w takich sytuacjach? Czego nie lubicie podczas podróży samolotami i co drażni Was najbardziej? Czy pokrywa się to z wymienionymi punktami? Podzielicie się opinią? 

Miłego wypoczynku nie tylko na urlopach ale też w drodze...