12 sierpnia, 2014

opowiesci z Fjällbacki



Fjällbacka, mała rybacka miejscowość u brzegu zachodniego wybrzeża, całkiem niedaleko granicy z Norwegią. Znana i rozsławiona przede wszystkim dzięki Camilli Läckberg i jej kryminalnym opowieściom, chociaż już wcześniej doceniona przez między innymi takie osobistości jak Ingrid Bergman, która przez wiele lat spędzała w tej okolicy wakacje.  Zasługi tej popularności to nic innego jak przepiękne położenie osady. Szkierowe wybrzeże z setkami maluteńkich wysepek rozsypanych po morzu, klify oraz połyskujące w odcieniach czerwieni kamienie, białe domki oraz setki trzepoczących na wietrze żagli. Szczególny klimat, miejsce nazywane przez wielu världens vackraste skärgård (najpiękniejszym wybrzeżem szkierowym na świecie).

Żeby samemu się o tym przekonać, najlepiej wdrapać się na Vetteberget, 74 metrową skałę, z której rozpościera się widok na nie tylko miasteczko ale też przyległe wyspy archipelagu.  Inna nazwa góry to Kungsklyftan, nazwa która została nadana po wizycie króla Oscara II w 1887 roku. Wchodząc na górę od strony mariny i ryneczku imienia Ingrid Bergman mijamy skały zwane helvetesgapet (piekielna paszcza). Warto się na chwilę zatrzymać i przyjrzeć, bo są to miejsca gdzie kręcono fragmenty filmu o Ronji – córce rozbójnika.

Dla mnie wejście na sam szczyt było nie małym wyzwaniem i nie chodzi mi tu wcale o formę fizyczną. Drewniane schodki zamontowane na brzegu przepaści i jasne prześwity pod nogami to według mnie żadna rozrywka. Trochę się pobałam, zatrzymałam na chwilę, przeprowadziłam szybką rozmowę wewnętrzną typu „weź się w garść głupia babo” i ostatecznie weszłam na sam szczyt. Warto było.

A co w samym mieście? Oprócz niezliczonej ilości kafejek, restauracji i barów gęsto usianych wzdłuż mariny można spędzać czas również bardziej aktywnie. Popłynąć na sąsiednie wyspy, wypożyczyć kajaki, pograć w golfa lub w pobliskim Tanum obejrzeć naskalne malunki z epoki brązu. Nam zabrakło głównie czasu bo chęci były wielkie i finalnie zakończyliśmy bardzo prosto, skacząc do wody.

Ten pełen wyzwań weekend, który właściwie nie był szczególnie zaplanowany, zbiegł się z sierpniową inauguracją sezonu rakowego, a lokalizacja okazała być się idealną na tego rodzaju rozrywki.  O. jest jak na Szweda przystało ich wielkim zwolennikiem, ja z kolei pomimo tego że lubię je jeść, nie zawsze mam ochotę bawić się w obieranie z pancerzy i wysysanie soków ze szczypców. No chyba, że są najlepszej jakości. Obecnie większość raków dostępnych w sklepach jest pochodzenia chińskiego lub tureckiego, co nie do końca mnie przekonuje.  Dawny szwedzki gatunek zwany flodkräfta(rak szlachetny) został wyparty przez silniejszy znoszący raczą dżumę, signalkräfta (rak sygnałowy). Te, o których piszę to mieszkańcy jezior i rzek, my natomiast wybraliśmy się na ucztę morską. Havskräftor to mniejsi kuzyni homarów, zwani langustynkami lub homarcami. Dla mnie po prostu raki morskie. Na pierwszy rzut oka podobne do raków słodkowodnych, jednak w rzeczywistości mają jaśniejszy kolor, cieńszy pancerz a i samo mięso jest bardziej miękkie i delikatne.  Na zachodnim wybrzeżu Szwecji bardzo popularne i jedzone zamiennie z rakami jeziornymi podczas sierpniowych uczt. Generalnie owoce morza i ryby to podstawowe menu większości tamtejszych restauracji i barów. Wykwintnie w jednej z restauracji przy marinie (Richters lub Bryggan) czy podawane na plastikowej tacce w barze na zapleczu sklepu rybnego (Fjällbacka fisk och skaldjur - Bakfickan), mamy pewność że jemy świeże i bardzo dobrej jakości produkty.

Fjällbacka była jednym z trzech miejsc, o które zahaczyliśmy podczas naszego przedłużonego weekendu. Spędziliśmy tam stanowczo za mało czasu i już dzisiaj planujemy kolejny wypad. Może za rok? Bo wrócić wrócimy tam na pewno.