07 września, 2014

Szwecja - moj kraj idealny (Klub Polki na Obczyznie)






To już szósta odsłona serii Klubu Polki na Obczyźnie. Dotychczas miałam przyjemność pisać o:


Hasłem przewodnim września jest „Mój kraj idealny”. Temat z pozoru bardzo łatwy i prosty do wyjaśnienia, jeśli skupimy się wyłącznie na konkretach i rachowaniu na zimno. Gorzej, jeśli wplączemy w to emocje i sentymenty. W głowie kłębią się myśli i pytania czy taki kraj w ogóle istnieje? Czy jest takie miejsce na ziemi, gdzie będziemy zadowoleni zawsze i z wszystkiego?  Nie sądzę. To chyba raczej nasz własny wybór i postawa oraz podejście do życia sprawia, że czujemy się szczęśliwi i spełnieni. Jak mówi przysłowie, „Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz”, niezależnie od tego gdzie mieszkasz.

Wszystkie grafiki zawarte w dzisiejszym poście są autorstwa Olle Eksella, do nabycia TUTAJ 


Gdyby jednak wziąć pod rozrachunek prozaiczne sprawy codzienne, które mierzwią obraz Szwecji, przez które straszliwie (chwilami) tęsknię do Polski lub przedmiotami czy „zjawiskami”, których bardzo mi tu brakuje, między innymi były by to:


- Typowo polskie jedzenie i małe przydomowe sklepiki.

Obie opcje jak najbardziej do odnalezienia w trochę innej postaci w Szwecji.   Zarówno polski twaróg jak i kiszona kapusta są do zdobycia na czarnym rynku! Dystrybucja chleba z makiem poprzez rodzimych przemytników ma się świetnie, w lukach bagażowych samolotów i na pokładach promów, codziennie dociera do Szwecji kilkadziesiąt kilogramów kiełbas i kilkaset litrów wódki. Co by rodacy na emigracji nie pomarli z głodu.  Na sklepowych półkach również do dostania substytuty naszych ulubionych dań, kto chce ten znajdzie. Jest praktycznie wszystko, może nie na wyciągnięcie ręki, ale jest.

Mnie jednak nie o to chodzi. Ta tęsknota do polskiego jedzenia, o której piszę to wspomnienie powiewu polskiego powietrza, zapachu rodzinnego domu, niezastąpionym połączeniem znanego nam z dzieciństwa obrazu za oknem i bliskich osób. A że przy okazji dostaniemy do tego odrobinę polskiej kuchni…  Myślę, że to właśnie za tym tak bardzo się tęskni. Za okolicznościami, nie za samym faktem posiadania.  Weźmy tu na przykład ogórki, z których radości "zdobycia" dzieliłam się jakiś czas temu na facebooku. Zwykłe małe powykręcane ogóreczki. A takie szczególne, bo dotarły z Polski, z rynku, prosto od rolnika. Z rodzinnych stron.

Podobnie sprawa wygląda z dostępem do małych sklepików, bo takie pomimo panującej opinii o ich braku – istnieją. Spotykane przy stacjach benzynowych „Macken” to nic innego, jak nasze osiedlowe budki z codzienną prasą, świeżym pieczywem, chemią i wszystkim innym czego dusza zapragnie.  Pewnie, nie do porównania z piekarnią i mięsnym oraz mini delikatesami spod bloku w którym się wychowałam, jednak umówmy się, do wszystkiego można się przyzwyczaić. Wyskoczę sobie do nich w samych kapciach przy najbliższej wizycie w ojczyźnie, a co!


- Rodzina i znajomi.

Ponownie to samo stwierdzenie, że do odnalezienia na szwedzkiej ziemi, może w trochę innych okolicznościach nie potrzeba wiele. Znajomych się miewa, przyjaciele pozostają na całe życie. Osób które poznałam dotychczas w Szwecji, nie mogę póki co nazwać przyjaciółmi. Szwedzi są tolerancyjni i bardzo uprzejmi, zyskują często przy bliższym poznaniu, jednak nie było jeszcze tego szczególnego iskrzenia.  Podsumowując ten punkt, do Szwecji przeniosłabym moich serdecznych znajomych!



- Szkolnictwo.

Jak znajomi to i szkoła. System szkolnictwa szwedzkiego osiągnął dno. Pomimo świetnego zaplecza i możliwości, poziom matematyki w Szwecji jest najniższy w Europie i jednym z najgorszych na świecie (wśród krajów rozwiniętych).  Do ucznia podchodzi się delikatnie, bardzo ostrożnie, w zamyśle tak, aby się nie zniechęcił. Na plus jest z pewnością nauka pracy w zespole i kreatywnego myślenia, jednak kiedy zapytałam moją córkę co chciałaby przenieść z Polski do Szwecji, wymieniła właśnie szkołę. Szkołę, razem z surowym nauczycielem i słuchającym uczniem. Szkołę z porządkiem i ładem na lekcjach.


Są też elementy które chętnie poleciłabym jako produkt eksportowy…


-  Prawdziwa szwedzka szwedzkość.

Tautologia sensem podszyta, bo mam tu na myśli szwedzkość naturalną, nie wyuczoną na emigracji a wpojoną w okresie maleńkości. Ogłada i spokój, brak pośpiechu i porywistości. Przemyślane posunięcia i imponujący poziom „wiedzy ogólnej”. Naturalnie jak zawsze są wyjątki i to nie mało, jednak to, co różni Szwedów od Polaków to opanowanie i dużo lżejsze podejście do codzienności . 

Niestety, prawdziwa szwedzka szwedzkość ma też swoje minusy. Podwójna moralność zwana dubbelmoral to popularne zjawisko. Ukryty rasizm, niechęć do osób o innym wyznaniu, orientacji seksualnej…  a na co dzień zamiatanie problemów pod dywan, robienie czegoś tylko dla dobrych wyników w statystykach, naciąganie prawdy. O problemach codzienności i różnych światach w Szwecji pisałam wcześniej TU , przeczytajcie koniecznie.


- Biurokracja po skandynawsku

Żeby nie było że narzekam, pochwalę urzędy! To kolejny punkt z tych godnych polecenia. Szwecja jest krajem przyzwoicie skomputeryzowanym i praktycznie wszystko można załatwić poprzez formularze w sieci. Bez wychodzenia z domu, bez dostarczania oryginałów, tłumaczeń przysięgłych, bez osobistego stawiennictwa (małe wyjątki). Wszystko począwszy od dokumentów ślubnych poprzez karty pobytu, numery personalne, zgody i inne papierki załatwiałam przez Internet. Nawet kolejkę w biurze paszportowym można sobie zaklepać. Tak, ten system z pewnością przydałby się w Polsce! Ba, Szwedzi poznali się już na Polakach i w wypadkach awaryjnych, kiedy jakiś dokument nie jest wystarczającym dowodem dla polskich urzędów, wiedzą, że omaszczenie go dużą ilością pieczątek złagodzi objaw nadwyrężonej biurokracji. 


 - Kranówa

Z urzędów przenosimy się do bardziej codziennych i przyziemnych spraw. Woda z kranu, pita lat temu wiele przez moją babcię jeszcze wtedy nikomu nie szkodziła. Dzisiaj jest trochę inaczej i wiem, że dla wielu jest to nie do zaakceptowania. Szczególnie w wielkich miastach, wody z kranu się nie pija. To w Polsce. Co innego w Szwecji. Tu woda, zaraz po mleku jest najważniejszym płynem przyjmowanym w ciągu dnia. Uzupełniana do plastikowych butelek czy bidonów, pita prosto z gwinta, zastępuje mocno słodzone napoje dla dzieci i bezdyskusyjnie pije ją każdy. Zawsze. Opanowanie tego nawyku zajęło mi trochę czasu, ale w końcu się przełamałam, co innym również polecam – kolejny produkt eksportowy. Woda!



Pytanie o to, co chcieliby przenieść a co zabrać ze/ do Szwecji, zapytałam moich czytelników na facebooku

 Po tyłku dostała natychmiastowo szwedzka szkoła dla dorosłych oraz ceny hoteli. Pochwały zebrała kultura jazdy i przepuszczanie pieszych na przejściach. Wśród propozycji znalazło się przeniesienie do Polski wysokich mandatów oraz systemu automatycznego naliczania za korzystanie z autostrad (rachunek wysyłany jest pocztą) oraz porządek! Czytając taką opinię aż przyklasnęłam. Czyste i zadbane ulice, chodniki i miejsca użytku publicznego aż proszą się o pochwały. Były też marzenia o polskim twarogu, kiełbasie i polskim piwie oraz książkach dla dzieci pisanych w stylu skandynawskim. 



Jak widać jest sporo rzeczy, za którymi tęsknimy, których zazdrościmy i których moglibyśmy się na nowej ziemi nauczyć. Wychodzę jednak z założenia, że najlepiej doceniać to, co się ma, bo zawsze mogłoby być dużo gorzej. Szczególnie na początku bardzo brakowało mi tutaj polskości i naszego specyficznego podejścia do różnych spraw. Z czasem zaczęłam dostrzegać pozytywy szwedzkiej inności. Dzisiaj łapię się na sentymentach, tęsknotach i marzeniach, ale już nie za wszelką cenę. Brakuje mi nie tyle przedmiotów, co przeżywania chwil. 

Najlepiej, niech Szwecja pozostanie Szwecją, a Polska Polską. A wizyta w ojczyźnie niech będzie nowym odkryciem i doświadczeniem, bo pewnie dużo zdążyło się zmienić od ostatniego razu. Wtedy też będzie pora na polski chleb i pączki, zajeżdżanie drogi i dziurawe ulice, głośne rozmowy i spontaniczność…