20 października, 2014

Lizbona subiektywnie



Cała ta portugalska przygoda zaczęła się już jakiś czas temu. Minął pewnie dobry rok od chwili, kiedy zaczęłam chcieć tam być. W planach wakacyjnych była podróż przez calusieńką Europę, aż do najbardziej na zachód wysuniętych krańców. Miało być południowe wybrzeże z Algarve i Faro, miał być przylądek Cabo da Roca, miała być Lizbona. Z planów nic ostatecznie nie wyszło, chociaż marzenie o sardynkach i Fado nie dawały spokoju. Wszystko przez Agnieszkę, autorkę bloga Całe Życie w Podróży, która skutecznie zaraża miłością do podróżowania. W szczególności do Portugalii właśnie. Tobie dobra duszyczko ten post dedykuję... 

W końcu plan (niestety tylko częściowo) się ziścił. Spakowaliśmy walizki i w składzie wyłącznie dorosłym i dwuosobowym wyruszyliśmy na podbój zachodu. O tym, co zdarzyło się na miejscu, o tym gdzie byliśmy, co robiliśmy i na co należy w Lizbonie szczególnie uważać, przeczytacie poniżej.


***

Naszą krótką podróż zaczęliśmy jak na weekend bardzo wcześnie, bo już w środę. Szczęście w nieszczęściu samolot z Kopenhagi wylatywał rano i do wyboru mieliśmy nocny przejazd samochodem lub wieczorny pociąg dnia poprzedniego. Wybór był oczywisty. Czwartkowy lunch jedliśmy już w jednej z restauracji na Rua das Portas de Santo Antao, ulicy słynącej z knajpek specjalizujących się w owocach morza.  Na stół w pierwszej kolejności wjechały oliwki, sery i pasztet, ichne specjały narodowe. Wbrew pozorom nie były to poczekajki ani szeroki gest właściciela, a standardowy mini posiłek przed daniem głównym. Świadomi faktu, że przyjdzie nam za to zapłacić, rozkoszowaliśmy się pierwszymi chwilami na portugalskiej ziemi. Takich kulinarnych uciech była podczas wyjazdu co nie miara, w końcu po to między innymi podróżujemy – poznajemy nie tylko kulturę ale też smaki.

To co w takim razie, należy koniecznie w Lizbonie zjeść i wypić?

- Wspomniane wyżej owoce morza i ryby. Sardynki i suszony dorsz to ich znaki firmowe! W kartach znajdowaliśmy przeróżne ryby, proste grillowane lub o bardziej rozbudowanym składzie w gulaszach. Zaskakujące było na pewno połączenie kawałków wieprzowiny z małżami i kolendrą Porco a Alentejana. Inne ale na swój sposób smaczne. Ja w zwyczaju mając próbować miejscowe specjały, uderzyłam na początek w grillowaną ośmiornicę. 


- Pasteis czyli mini paje z ciasta francuskiego wypełnione kremową masą waniliową, podawane w cukrem pudrem i cynamonem. Do nabycia w każdej piekarni, cukierni i kawiarni. O tym gdzie zjeść oryginalne za chwilę.

- Słodkie wino z wisienką ginja. W mieście, na praktycznie każdym rogu znajdziemy okienka lub mikroskopijnych rozmiarów bary, których jedynym asortymentem jest wino. Polecaną przez wielu i jednocześnie bardzo popularną wśród turystów jak i miejscowych winiarnią jest Ginjinha na Largo Sao Domingos 8 (stacja Rossio). Mały plac znajdujący się u skrzyżowania ulic jest jednocześnie miejscem spotkań i występów ulicznych grajków. Ci, którzy obserwują facebookowy profil hemma hos Johanssons  mieli okazję obejrzeć naszą relację na żywo. Jedno z miejsc, do którego chce się wracać z ciekawości, z myślą co jeszcze się dzisiaj może wydarzyć.

- Vinho verde czyli wino zielone. Młode o owocowej świeżości, lekko musujące, maksymalnie jednoroczne wino. W karcie znajdziemy je zaraz obok win domowych, bo są zazwyczaj najtańsze w menu.  Warto spróbować również ciężkich porto i madera. Oj, można się w Portugalii rozpić.

- Kozie i owcze sery. Twarde, miękkie i całkowicie płynne, w knajpach podawane w formie małych krążków. W poszukiwaniu stołowych swojskich gatunków udaliśmy się do zwykłego sklepu spożywczego. Ku naszemu zaskoczeniu nie było aż tak wielkiego wyboru. Nie wiem czy wynikało to z naszej niewiedzy czy po prostu Portugalczycy swoje słynne sery kupują w innych, bardziej wyspecjalizowanych miejscach.   

- Pomarańcze. W swojej naturalnej postaci lub wyciskanego soku.  Maszyny zauważyliśmy w kafeteriach, hotelu i na ulicach, więc domyślam się, że świeżo wyciskany sok jest jedynym właściwym. I prawidłowo, takiej ilości przepysznych witamin nie wlaliśmy w siebie już długo. Szkoda, że tą metodą nie działają rodzime interesy, wszak jabłek w tym roku w Polsce pod dostatkiem.  


***
Żeby nie było, że tylko wciągaliśmy, oprócz jedzenia i picia można przy okazji Lizbonę też zwiedzić... Najlepiej oczywiście na pieszo, chociaż od razu przestrzegam, że trzeba się przygotować na wyzwania, bo na mapie wszystko wygląda tak łatwo, przejrzyście i płasko… Stara część Lizbony jest pagórkowata i zakręcona… tam dobrze wsiąść w żółty tramwaj numer 28 i do niektórych miejsc wygodnie sobie podjechać. Wygodnie nie znaczy bezpiecznie, bo niestety, ale grasujący kieszonkowcy to niechlubny symbol Lizbony.  Byliśmy świadkami, kiedy okradziono grupę starszych Włochów. Na nic zdały się krzyki i lamenty, złodzieje działają w bardzo sprawny sposób. W tłumie gdzie wszyscy pchają się do drzwi, nikt nie zważa na drobne dotknięcia czy otarcia. Trzeba po prostu uważać i mieć się na baczności. No ale miało być o przyjemnościach.  I będzie! Na dodatek w zgrabnych kilkugodzinnych pakietach.  


***

Co według nas warto w Lizbonie zobaczyć?

Alfama i tarasy widokowe:

-> Ruszamy z centrum miasta – starym, drewnianym i koniecznie żółtym (niektóre tak bardzo oklejone reklamami, że tracą na uroku) tramwajem 28. Tym tramwajem warto przejechać się nie tylko dla wygody, ale również dla faktu że jest on jednym z symboli miasta. Drewniane elementy trzeszczące podczas jazdy, dzwonek kierowcy i zawrotne tempo. Naturalnie głowa i pół korpusu wisi na zewnątrz i obserwuje, co się dzieje i czy oby zmieścimy się na mijaniu z innymi tramwajami.

 - > Z placu Martim Moniz tramwaj wiezie nas pod górkę do jednego z tarasów widokowych miasta, Maradouro da Graca /Senhora do Monte oraz klasztoru. Tu można wysiąść na R.Graca lub zerknąć tylko podczas jazdy.

-> Kolejny taras, Miradouro das Portas do Sol i widok na morze oraz dachy. Wrzucamy pieniążek dla Pana grającego na gitarze! Siedzi tam najwyraźniej od zawsze. Podczas naszej wizyty trochę popadywało i wiało, a aura nie sprzyjała szczególnie spokojnym spacerom, Pan Grajek jednak nie rezygnował. Znają go miejscowi i turyści, przewija się też na wielu zdjęciach z tego miejsca.


- > Kolejny punkt to Castello de Santo Jorge i Miradouro de Santa Luzia, wstęp na zamek płatny 8,5€. Warto zajrzeć chociażby dla widoków ze szczytów zamku i tarasu. Tu również podziwiając widoki można napić się wina z mobilnej budki.  


-> na pieszo wąskimi uliczkami Alfamy schodzimy niespiesznie do katedry Se, to według nas najlepszy odcinek z całej trasy. Tu każdy detal, każda obdrapana kamienica ma w sobie urok. Kafle Azulejos, rozwieszone pranie, babcie wyglądające przez okna i niezaburzona tłumem turystów codzienność sprawiają, że chce się przysiąść na schodach i chłonąć po prostu klimat miejsca.


-> Schodząc dalej w kierunku morza koniecznie trzeba obejrzeć Casa dos Bicos, XVI wieczną kamienicę, której fasada wyłożona jest kamiennymi piramidkami imitującymi diamenty. Co warto wiedzieć, ta kamienica oraz kolejne do niej przyległe to niezniszczone podczas trzęsienia ziemi stare mury miasta.  


-> Trasę zamykamy w nowszej, nie tak bardzo już skomplikowanej części miasta Baixa, na placu Praca do Comercio. Tu osobiście za atrakcyjne uważaliśmy jedynie pojedyncze sklepy i architekturę. Na ulicach oprócz turystów kręci się bardzo dużo podejrzanych typów oferujących narkotyki. Łącznie w ciągu kilku dni zaoferowano nam je 8 razy! Zaczęliśmy podejrzewać, że wyglądamy na potencjalnych klientów. 


***

Dzielnica Belem i podróż śladami odkrywców geograficznych:

-> Podobnie jak wcześniej, wskakujemy do tramwaju. Tym razem padło na 15. Pomimo tego, że tramwaj bardziej dzisiejszy, na przejazd do dzielnicy Belem trzeba zarezerwować sobie prawie godzinę. Ta część miasta nie ma połączenia metra, więc tramwaj to w tym wypadku jedyne dobre rozwiązanie, autobusem szybciej nie dojedziemy.

 -> Z Praca da Figueira kierujemy się najpierw na południe w stronę morza i dalej na zachód. Przystanek, na którym wysiadamy to Jeronimos i na dzień dobry odwiedzamy pobliski Mosteiro dos Jeronimos (Klasztor Hieronimitów). Wstęp jest darmowy, więc grzecznie ustawiamy się w kolejce i czekamy, czekamy… Pomimo tego że jest październik, przez niektóre punkty miasta przewalają się ogromne tłumy turystów. Nie dla nas takie rozrywki.

-> Dalej, już na pieszo przechodzimy do Padrao dos Descobrimentos, najważniejszego punktu tej trasy. Pomnik Odkrywców to motyw znany z pocztówek oraz jeden z najlepszych plenerów do robienia zdjęć. W tle widzimy most 25 kwietnia, a po drugiej stronie Tagu monument Jezusa. Pogoda przepiękna! Kiedyś Agnieszka pisała o niezwykłym świetle w Lizbonie, chyba wiem co miała na myśli. Podobnie jak wiele innych osób, rozsiadamy się wygodnie i łapiemy ostatnie promienie słoneczne tego sezonu.


-> Wzdłuż brzegu idziemy promenadą do Torre de Belem, budowli która dawno temu stała na samym środku Tagu i wyznaczała drogę do domu marynarzom, a w drodze powrotnej Museu da Marinha (Muzeum Morskie) i trochę historii odkryć geograficznych. Dla nas temat wciągający, O. ogląda statki a ja analizuję mapy. Wstęp 6€.



–> Na zakończenie odwiedzamy Casa pasteis de Belem (Rua de Belem 84) – piekarnię specjalizującą się we wspomnianych wcześniej kremowych pajach. Trudno miejsce przegapić, granatowe markizy oraz tłum ludzi przed wejściem oznaczają, że to tu. Dodatkowo po przeciwnej stronie ulicy znajduje się przystanek tramwajowy.  Kolejka do lady szybko się kurczy, jednak my wchodzimy do środka, bo wiemy, że mała z pozoru kafejka kryje na zapleczu kilkanaście wykafelkowanych na niebiesko sal i bardzo dużo wolnego miejsca. Oprócz ciastek w karcie znajdujemy inne wypieki oraz długą listę kanapek idealnych na lunch. I tu jeszcze słów kilka o samych pasteis. Ich popularna nazwa to pasteis de Nata, jednak przepis na te najwłaściwsze, najstarsze i najoryginalniejsze ma podobno tylko kilka piekarni, między innymi ta w Belem. I dlatego pasteis de Belem kupić możemy tylko w tym jednym jedynym miejscu na świecie.


-> W drodze powrotnej planowaliśmy wyskoczyć na Cais do Sodre i odwiedzić największy bazar spożywczy w mieście Mercado da Ribeira, niestety zabrakło czasu. Bazar czynny jest tylko do godziny 14.00. Żałowaliśmy strasznie, bo nie dość że targ liczy sobie ponad 100 lat, to jest nazywany przez znawców „rajem wielbicieli jedzenia”. Znaczy się miejscem idealnym dla nas.

***

Handlowe i studenckie klimaty na Bairro Alto i Chiado:

-> Tą część miasta można pokonać w całości na pieszo, chociaż posiadanie biletu dobowego umożliwi nam skorzystanie również z wind miejskich, a tych w tej okolicy znajdziemy dwie. Pierwsza z nich to Elevador de Santa Justa (5€), przenosząca nas między dwoma poziomami miasta. Różnicę wysokości widzi się dopiero po wjechaniu na most łączący. Niesamowite. Wchodząc od strony wschodniej miasta wjeżdżamy na szczyt i wychodzimy bezpośrednio na ruiny  Convento do Carmo (Klasztoru Karmelitów). 


-> Pod nogami mamy natomiast jedną z najpopularniejszych ulic handlowych miasta. Na Rua do Carmo i na Rua Garrett oraz mniejszych pobliskich uliczkach, znajdziemy dziesiątki popularnych sieciówek, sklepów trochę droższych światowych marek oraz topowych ekskluzywnych butików.

-> Podążając wzdłuż Rua Garrett mijamy najstarszą księgarnię na świecie Livraria Bertrand i dochodzimy do placu Praca Luis de Camoes. Z tego miejsca możemy wybrać dwie opcje, skręcić w prawo w jedną z kolorowych uliczek Bairro Alto, serca nocnego życia miasta lub podążać dalej na przód.


-> Idziemy dalej, kilka minut później jesteśmy przy kolejnej miejskiej windzie Elevador da Bica. Jednowagonikowa, naziemna kolejka przemierza zaledwie 245 metrów, jednak przy takim nachyleniu te zaledwie kilka kroków robi szczególnie starszym mieszkańcom wielką różnicę.


- > Zaraz za kolejką znajduje się jeszcze jeden punkt widokowy miasta. Miradouro de Santa Caterina. Kolejna kawiarenka z widokiem, kolejni turyści. Zwyczajnie, gdyby nie przypadkowe spotkanie. Na kamiennych schodkach siedzi trzech młodych mężczyzn z gitarą. Jeden gra i podśpiewuje, dwóch bacznie obserwuje i słucha. Uczy ich, powtarza akordy… Słuchamy i my. Zestaw idealny: cudowna panorama, leniwe ciepłe popołudnie i kojąca muzyka, czego chcieć więcej?

- > W drodze powrotnej nie zapominamy o wcześniejszych planach i skręcamy w kolorowe od girland Bairro Alto. Za dnia jedynymi odwiedzającymi są nieliczni turyści a małe bary i sklepiki są w większości pozamykane. Sytuacja zmienia się po zmroku, kiedy ta część miasta powoli budzi się do życia. Studenci wylegają na ulice, rozsiadają się na krawężnikach, a malutkie stoliki poupychane ciasno w lokalach uginają się pod ciężarem szkła. I tak co noc.


***

Uffff… żyjecie? 

Ze spraw praktycznych, chętnie dodam jeszcze garść informacji, które mogą się kiedyś komuś przydać. 

- Transport w mieście czyli metro, tramwaje, autobusy i windy bardzo mądrze można połączyć w jeden pakiet. Z taksówek, pomimo że cenowo nie wypadają najgorzej nie korzystaliśmy, bo nie było takiej potrzeby. Jest kilka opcji, od pojedynczych biletów poprzez dobowe aż do karty lizbońskiej Lisboa Card łączącej w sobie jeszcze kilka innych profitów, np. darmowych wstępów do muzeów i zniżek na różne usługi. Warto przyjrzeć się ofercie i wybrać najkorzystniejszą dla siebie. Dla nas najbardziej optymalny okazał się być bilet dobowy (6€), który zwrócił się już w ciągu kilku godzin.
Lizbona ma cztery linie metra, bardzo prosto i mądrze z sobą połączone. Z lotniska, które położone jest bardzo centralnie wyjeżdżamy czerwoną linią, która na trzech ostatnich przystankach krzyżuje się kolejno z linią zieloną, żółtą i niebieską. Nie sposób się zgubić. Przy wejściach do metra, jak i w kioskach rozsypanych po całym mieście kupujemy zielone karty przejazdu, na które ładujemy czy to bilety jednorazowe czy też dłuższe. Karta jest papierowa, więc warto o nią dbać. Gdybyście zdecydowali się jednak na pojedyncze bilety, można je nabyć w w/w maszynach, kioskach lub bezpośrednio u kierowcy. 


- Przystawki, o których pisałam na wstępie, są serwowane zawsze. O ile nie zaznaczycie wyraźnie na początku, że ich sobie nie życzycie, zostaną podane do stołu. Zdarza się tak, że na stół wjeżdża wszystko, „czym chata bogata”, więc warto mieć na uwadze, że rachunek może drastycznie skoczyć o 20€ w górę.  Jednak płaci się tylko i wyłącznie za to, co się zjadło. Napiwki standardowo po europejsku (w geście około 10%), nie doliczane są dodatkowo do rachunku.



- Pogoda nas szczególnie nie zaskoczyła. Październik na południu Europy bywa różny i o ile nam trafiło się trochę deszczu i chmur na początku, tak dwa dni chodziłam w szortach i letnich sukienkach, a kilka dni później wyczytałam, że po naszym wyjeździe centrum miasta w skutek silnej ulewy zostało zalane.

- W soboty na placu Campo Santa Clara i przyległych uliczkach (łatwy dojazd metrem do stacji Santa Apolonia) odbywa się w mieście targ staroci, zwany Faira da Ladra (Targiem Złodziejki). Nazwa mówi sama za siebie, według opowiadań sprzedawano kiedyś na nim głównie przedmioty kradzione. Dzisiaj znajdziemy na nim wszystko od drobnych śrubek i elementów maszyn, poprzez stare monety, dekoracje wystroju wnętrz, gazety i książki do używanych ubrań i oryginalnych Azulejos zrywanych z miejscowych budynków. Gdyby nie fakt, że mieliśmy z sobą tylko jedną sztukę rejestrowanego bagażu kupilibyśmy z pewnością jakąś komodę albo lampę. A tak to pocieszyłam się tylko ręcznie wykonanymi kapciami ze skóry.



***
Wrażenia są, jak zawsze. Bardzo służy mi południowy śródziemnomorski klimat i bez znaczenia czy jest to Hiszpania, Włochy czy Grecja, czuję się tam na tyle dobrze, że marzy mi się kiedyś zamieszkać. Czy akurat w Lizbonie, nie jestem pewna. Czy wróciłabym? Może nie w pierwszej kolejności, ale na liście życzeń za jakiś czas może się ponownie pojawić. Przez te kilka dni miałam wrażenie, że to trochę biedniejsza i słabsza siostra Hiszpanii. Te same wpływy, podobna historia i styl życia ludności.  Jedno z nielicznych miejsc w zachodniej Europie gdzie nadal w stolicy można poczuć lekką wiejskość i opóźnienie. Lizbona nie zachwyciła mnie może jako miasto ogólnie, zachwyciły mnie natomiast jej drobne detale i niby nieistotne szczegóły, które mają w sobie jakąś magię. Iskierki. Dla nich chciałabym kiedyś tam wrócić.