14 listopada, 2014

moja historia (Klub Polki na Obczyznie)



„Moja historia” kolejny temat rozpracowywany w Klubie Polki na Obczyźnie. W tym miesiącu rozkładamy na czynniki pierwsze nasze prywatne życie, decyzje i powody dla których postanowiłyśmy opuścić Polskę i wyjechać za granicę. Celowo podsunęłam taki temat (nieskromnie przyznam, że to ja!) bo pomyślałam, że będzie to dobra kontynuacja do listów, które masowo wysyłamy od jakiegoś czasu do Wysokich Obcasów.  Tam, wspólnie z Zuzanną Ziomecką, a ostatnio również z Czesławem Mozilem, rozprawiamy o emigracji. Polki bez granic  to my. Silne, szczęśliwe. Poznajcie moją historię.


Był rok 2006, 25 kwiecień. Pamiętam ten dzień szczególnie, bo dokładnie w moje urodziny pojechałam na rozmowę kwalifikacyjną i dostałam z miejsca pracę. Ot, taki prezent. W tym momencie życia, najlepszy jaki mogłam sobie wymarzyć. Jak gwiazdka z nieba. U kresu studiów, bez większych perspektyw, po przejściach i z dwójką przedszkolaków u boku. Na dodatek mieszkającą kątem u mamy. We wcześniejszych latach posypało mi się wiele ważnych spraw. Często wtedy myślałam, że gdyby nie dziewczynki to pewnie by już mnie nie było. Życiowy rollercoaster. Miałam dosyć, a musiałam stanąć od nowa szybko na nogi i zacząć wszystko jeszcze raz od początku… Nie tyle dla siebie, co dla nich. Łatwo się w każdym razie nie zapowiadało. A tu taki błysk!


***

Telefon jak jeden z wielu. Rezerwacja imprezy firmowej, bez większych szczegółów, bo podobno stali klienci. Podobno, bo osobiście jeszcze nie miałam zaszczytu, ledwo zdążyłam zapoznać się z nowym stanowiskiem. Szybko uświadomiła mnie koleżanka ze zmiany:

Ci to nieźli są, zapamiętasz ich na całe życie.”

Kilka tygodni później dowiaduję się, że zapamiętam i owszem, bo z grupą przyjeżdża kilku Szwedów i koniecznie muszę zostać ten weekend w pracy. Kto jak kto, ale ja to się na pewno z nimi sympatycznie dogadam, zresztą nikt inny po angielsku komunikatywnie tu nie rozmawia i właściwie to nie mam wyjścia.

No i przyjechał wesoły autobus. Po za grupą rozbawionych krajan, Szwedów sztuk trzy, dwóch szefów i jeden zawstydzony Wiking. Check-in, klucze, uprzejmości. To jeszcze pokaż gdzie pokój. I tu zaczęła się zabawa.

 „Gdzie jest fontanna?”

To pytanie powala mnie natychmiastowo z nóg ( kilka miesięcy później dowiaduję się, że to tekst z Seinfelda). Zaśmiewamy się do łez. To sprawia natomiast, że owy Szwed chce się poznawać. Teraz! Kiedy ja w pracy, a i na żadne podejrzane znajomości ochoty nie mam.  Facetom generalnie dziękuję i proszę mnie zostawić w spokoju. Zapomnij!  Cały wieczór miałam zapewnioną rozrywkę. Lepiej, rano wszyscy rozjechali się do domów oprócz jednego. Został. Wiedział, że w południe kończę zmianę. Fajny facet, pomyślałam. Nie zna mnie wcale, a tak się poświęca.  Ostatecznie zmiękłam, porozmawialiśmy na spokojnie. Jak dziś pamiętam, siedzieliśmy na pomoście przed pensjonatem i opowiadaliśmy sobie głupoty. Takie, jakbyśmy znali się co najmniej kilka dekad. 

***

Kolejne miesiące mijały na wymianie maili, smsów i godzinach na telefonie. Dostałam skrzydeł. Zmieniłam pracę. Nie planowałam jednak niczego na poważnie, nie chciałam znów się zawieść. Przyjeżdżał często, a ja wypracowałam sobie metodę na dodatkowe wolne dni w pracy i powoli się przyzwyczajałam. Dziewczynki również. Nawet nie wiem kiedy, okazało się że właściwie to fajna z nas para. Wbrew wszystkiemu, co mówiłam wcześniej. 

***

„Ja jednak tego domu nie kupię.”

Te słowa były jak cios. Jak to nie kupisz? Przecież tak bardzo marzyłeś. Rzeczy nienazwane i budowane przeze mnie w głowie, całkiem inaczej przedstawiały się w rzeczywistości. Co ja sobie wyobrażałam? Że to dla nas? Przecież od zawsze wiadomo, że Szwedzi to tylko otwarte związki i żadnych zobowiązań. Głupia. Tak bardzo bolało. Głupia, naiwna istoto, powtarzałam sobie…
„… nie kupię, bo się w nim nie pomieścimy. Ten dom był w planach zanim Cię poznałem”.  Płakałam jak dziecko. Myślał o nas jak o rodzinie, a ja nie potrafiłam się określić.

***

Sylwester 2008. Praga, Most Karola. O. prosi mnie o rękę. W samą północ. W samo serce. I co mam powiedzieć? Że nie? Kiedy całym sercem zdążyłam pokochać wariata. Kto inny znosi tak dobrze moje fochy i porywistość, z kim tak dobrze milczy mi się godzinami? Odpowiedź była jasna jak słońce. Szczególnie, że zdobycie pierścionka zaręczynowego w wieczór poprzedzający Nowy Rok oznaczało wykazanie się sprytem i dziwnymi akrobacjami. Pomyślcie tylko, ile razy można wychodzić do toalety podczas kolacji? 
Historia na osobną opowieść…

Gdzieś w połowie 2009 roku zaczyna dojrzewać we mnie myśl, że bycie razem oznacza też wspólne mieszkanie. Rozważamy obie opcje. Polska ze względów urzędowo- finansowych przegrywa w przedbiegach. Co pomysł to górka, a dla Szweda niepojęte, że wszystko w urzędach trzeba załatwiać osobiście i nie ma takiej mocy która sprawi, że uda się to w jeden dzień. Wycofujemy się. Po cywilnym na początku 2010 zapada decyzja o przeprowadzce.

***

Często słyszę pytanie, czy chciałam wyjechać. Odpowiem że nie koniecznie, bo w momencie kiedy te decyzje zapadały, stałam w miarę stabilnie na nogach. Wiedziałam, że mam wsparcie niezależnie od tego co zrobię, wiedziałam że mam na kogo liczyć. W kraju, pomimo pracy w nadgodzinach, nadwyrężania zaufania pracowników i głodowej pensji, spełniałam się zawodowo. Czułam, że z dnia na dzień coraz bardziej rosnę w siłę. Ostatecznie przemówił rozsądek, jaki styl życia i klimat społeczny wyjdzie nam i dziewczynkom na zdrowie. Klamka zapadła.

Porządkuję sprawy zawodowe, tony papierzysk, zezwoleń, pozwoleń, zaświadczeń…  W czerwcu, w sam środek sezonu turystycznego, ku rozpaczy mojego szefostwa - wyjeżdżamy. I tu historia mogłaby się zakończyć. Przynajmniej ta oficjalna część naszej emigracji. Okazało się, na moje nieszczęście, że emigrowało tylko ciało, a dusza została w Polsce. Pierwszy rok, pomimo wielkiego wsparcia O. był ciężki zarówno dla dziewczynek jak i dla mnie. Nowy kraj, nowe zwyczaje, język, ludzie… Niby u siebie, a jednak nie. Wszystko zmieniło się w momencie przeprowadzki do naszego stulatka.

Foto z domowego archiwum. Na zdjęciu pierwsi właściciele domu, 1930.   

To tu zaczęło się prawdziwe życie i historia, którą budujemy każdego dnia. Nie dla siebie, a dla nas. Razem. Całe życie z wariatami. A resztę to już znacie…

Aha, O. od pierwszego dnia wiedział, że zostanę jego żoną. Tak sobie zaplanował, cwaniak jeden. Wszystko przez tą fontannę! 














Image Map