15 grudnia, 2014

szwedzka szkola



Wracam po przerwie do tematu szwedzkiego szkolnictwa. Temat dla matek dzieciom czasami niewygodny, czasami po prostu inny poniekąd piekący świadomość. Być może ciążący kamieniem, bo inny od rodzimego. Chociaż są głosy za i przeciw.
Przyjęcie polskiego dziecka do szwedzkiej szkoły to po uregulowaniu formalności pobytowych właściwie pestka. Telefon, mail czy osobiste odwiedziny u (dy)rektora. Moje pierwsze zetknięcie z całym tym środowiskiem było bardzo ciekawym doświadczeniem. Po telefonicznym ustaleniu terminu i wyjaśnieniu pokrótce, kim jesteśmy i skąd przybywamy, zostaliśmy zaproszeni na wizytę celem poznania przyszłych nauczycielek, podwórka i klas. Klas bez dzieci w tym momencie, bo były wakacje. Dzieciom pokazano gdzie znajdują się szafki, gdzie będzie ich klasa, młode miały również możliwość przywitania i poznania się ze swoimi „paniami”. Bardzo pozytywnie. Jak tu pięknie, przyjemnie jak w domu…


Tu padła też propozycja klasy międzynarodowej (w naszym wypadku, wiązało się to ze zmianą szkoły) którą zgodnie odrzuciliśmy. Ku niezadowoleniu „pani międzynarodowej”, bo wiadomo że za każdego nowego ucznia dana szkoła dostaje dodatkowe środki finansowe na rozwój. No nie zarobili na nas po prostu.

Dlaczego taka właśnie decyzja? Istniejące przy normalnie funkcjonujących szwedzkich szkołach klasy międzynarodowe, mają na celu przygotowanie nowego ucznia pod kątem głównie językowym. Lekcje w takich klasach nie są niestety na poziomie normalnej ścieżki z prostego powodu, raz ograniczenia językowe i dopóki grupa nie złapie wspólnego wątku nie dzieje się nic, dwa że uczniowie w większym stopniu to dzieci uchodźców, które nie miały możliwości chodzić regularnie (lub w ogóle) do szkół. Tego nam miła pani nie powiedziała, ale czas i okoliczności same pokazały. Nie ma co ukrywać że poziom nauczania jest zaniżony i nie pomaga w rozwoju. Nie ma w tym co piszę w żadnym wypadku podtekstów rasistowskich, jednak uważam, że poziom wiedzy dzieci z krajów UE różni się znacznie od tych z krajów (nazwijmy to ogólnie) kontynentów azjatyckiego i afrykańskiego.  Dzieci przez rok lub semestr uczą się tam podstaw języka, wymowy, czytają proste teksty itd. jednocześnie poznając szwedzkie środowisko szkolne a następnie są przenoszone do regularnych klas. Niestety traci się na tym rok nauki. Całe szczęście wybór między klasą przygotowawczą a zwyczajną szwedzką na swoim poziomie jest dowolny. Nie namawiam nikogo do skorzystania z miękkiego startu i wysyłania dzieci na takie kursy.  Z doświadczenia wiem, że zarówno młodsze jak i trochę starsze dzieci prędzej czy później znajdują wspólny język z rówieśnikami. Upierałabym się nawet przy opcji w kierunku prędzej. Prędzej niż rodzice w każdym razie. Kwestia kilku trudnych tygodni, a po 3 miesiącach robi się znów przyjemnie. Myślę, że warto wystawiać dzieci na takie doświadczenia. Tyle w kwestii klas przygotowawczych.

***
Kolejna sprawa to nauka w zwyczajnej szwedzkiej szkole. Tu zdania na temat skuteczności i metod nauczania bywają podzielone. Z jednej strony szkoła uczy interakcji i pracy w grupach, z drugiej można mieć wrażenie że ogranicza osoby, które chcą z niej czerpać trochę więcej. Sprawa dosyć trudna do wyjaśnienia, bo wszystko to, co dzieje się tam na co dzień, jest zakorzenione gdzieś głęboko w szwedzkiej mentalności. Szwedom od lat wpajano, że nie mają się wyróżniać, że nie należy chcieć więcej, lepiej, szybciej, ładniej… Nie należy występować przed szereg. Nie narzuca się też ostrego reżimu, nie wymaga się. I o ile taki system sprawdzał się 10, 20 czy 50 lat temu, tak dzisiaj w dobie komputeryzacji dzieciaki się najzwyczajniej w świecie rozleniwiają i wypinają na szeroko pojętą edukację. Można by pomyśleć, wszystko w rękach rodziców. Wiadomo, to co dziecko wynosi z domu zakorzeni się na dobre, szkoła ma tylko prowadzić i pomagać. Ok, do momentu kiedy dziecko wpadnie na wspaniały pomysł naśladowania rówieśników (i często niestety nauczycieli) idących łatwą ścieżką i będzie obniżać loty. Bo całkiem normalne jest przecież chodzenie podczas lekcji po klasie czy liczenie „słupków” na matematyce ze słuchawkami na uszach. Miałam odwagę zadać o to zjawisko pytanie wychowawczyni starszej córki. Było dla niej bardzo dziwne i nie do końca zrozumiałe, bo jeśli uczeń w ten sposób lepiej się skupi nad tym co robi, niech sobie siedzi na korytarzu na parapecie i liczy z muzyką włączoną na pełen regulator. Najważniejsze żeby czymś się zajął. Po za tym, sam powinien dojść do tego, że takie zachowanie nie jest odpowiednie. To było 4 lata temu a ja nadal nie wiem co o tym myśleć.

***
Z drugiej strony jednak, taki system wzmacnia człowieka w grupie i sprawia, że uczeń rozumie, że bez współpracy z innymi nic się nie uda. Ty pomożesz mnie, ja pomogę tobie. Nie ważne, że umiesz mniej czy więcej, wspólnie damy radę. Grupa, współpraca, wsparcie, takimi ścieżkami idą. Nikt nie czuje się gorszy, odrzucony. Każdy jest inny i szczególny ale wszyscy są równi wobec prawa.  Wszyscy mają równe szanse. I przede wszystkim uczą się zaradności. W 6 i 7 klasie uczniowie mają możliwość odbycia praktyk w wybranych przez siebie miejscach. Nie są to praktyki obowiązkowe jednak skorzystanie z takiej możliwości punktuje pod koniec roku. 

Uczniowie nie są bezpośrednio i natychmiastowo oceniani, nie wymaga się przepracowania i walki o lepsze wyniki. Nie ma pał za brak zadania domowego, bo lekcji w młodszych klasach też nie zadaje się zbyt wiele. Szkoła ma uczyć życia i zaradności, a po lekcjach się głównie odpoczywa, realizuje hobby, poszerza zainteresowania, uprawia sporty. Do 6 klasy szkoły podstawowej nie wystawia się ocen. Jedynym świadectwem jest opis postępów ucznia, znakowany w jednej z dwóch rubryk, osiągnął / nie osiągnął wymaganego poziomu. Poszło dobrze lub mniej dobrze. Nie mówi się, że poszło źle, bo co oznacza źle? Źle z czyjego punktu widzenia?


Wprowadzenie szerszej skali ocen dwa lata temu przyprawiło wielu nauczycieli o zawrót głowy. Wcześniejsze 4 oceny: MVG (zdane ze szczególnym wyróżnieniem), VG (zdane z wyróżnieniem), G (zdane), IG (niezdane) zastąpiono 6-cio stopniową skalą A-F, gdzie F jest oceną niedostateczną. I powstał problem, wątpliwość, co kuratorium ma na myśli, jak sprawiedliwie ocenić pracę człowieka… A statystyki nie kłamią. Poziom nauczania w szwedzkiej szkole leci na łeb na szyję.  Według wyników programu Międzynarodowej Oceny Umiejętności Uczniów (PISA) Szwecja zaliczyła największy spadek wśród wszystkich badanych krajów. Po raz pierwszy w historii badań wypadła we wszystkich testach poniżej średniej. Najgorzej wypadła matematyka, po niej czytanie ze zrozumieniem i nauki przyrodnicze. Czy taka sytuacja powinna dziwić? W kraju gdzie nauka nie jest wymogiem? No bo przecież się nie wymaga, a daje opcję i możliwość. Pęka kolejna bańka złudzeń. Słodko gorzka. Chociaż z drugiej strony, do czego przydała nam się wiedza o budowie pantofelka i wzór na cotangens? Czy dzięki temu jesteśmy lepsi, mądrzejsi?