10 lutego, 2015

zeslani na banicje



To nie jest wiadro pomyj wylewane na rodaków. To odpowiedź na pojawiające się coraz częściej artykuły w mediach, traktujące o Polakach na emigracji.

Tekst, który za chwilę przeczytacie miał być tylko krótkim komentarzem, myślą, elementem dyskusji odnoszącej się do pewnego cytatu. Cytatu skierowanego do członków Klubu Polek na Obczyźnie, czyli między innymi i do mnie, w ramach podziękowań. Myślę, że autor (osoba starsza, trochę inaczej niż młode pokolenie myśląca) nie miał nic złego na myśli, jednak w dłuższym tekście (tu tylko urywek zdania) pojawił się jeden szczególny wyraz, dla wielu z nas wyraz - wytrych. BANICJA.


„ (…) zawsze bardzo współczułem Polakom mieszkającym poza Polska, bo to zesłanie. Życie na obczyźnie to banicja. Pewnie Wam nie jest lekko.


Emigracja nigdy nie była dla mnie zesłaniem. O emigracji po cichu marzyłam od momentu pierwszych wyjazdów zagranicznych w szkole podstawowej. Marzyłam jadąc na wakacje do koleżanki, marzyłam „chodząc” z zagranicznym chłopakiem (dacie wiarę że był to polski Szwed!). Tak bardzo chciałam tam być i żyć. Nie miała być to forma ucieczki, bo nie miałam wtedy przecież od czego uciekać. Byłam u progu młodości (bo nawet nie dorosłości) i chciałam znać języki, podróżować, poznawać świat i kultury, ludzi. Potem studia, w międzyczasie Londyn. To był świat! Rzuciłam się na głęboką wodę, co prawda potłukłam bardzo emocjonalnie ale smak i chęć bycia tam, nie tu pozostawał ciągle ten sam. Miałam przecież chęci, zapał, znałam na jakimś tam poziomie i nadal uczyłam się języka, miałam porównanie, miałam przedsmak innego życia. Nie na zmywak ( z całym szacunkiem dla pracujących na zmywakach), nie do kartonu na Victorii, ja chciałam być jedną z nich – obywateli świata, chciałam zamieszkać tam na zawsze. Mieć znajomych z Włoch, Hiszpanii, Japonii i Australii. Móc wsiąść w samolot i polecieć. Albo zadzwonić i pogadać. A co będzie jutro i tak nie przewidzisz… Ostatecznie jestem „tam, nie tu” albo odwrotnie, bo tam stało się tu, a tu – tam.

***

I tęsknię za ojczyzną, tęsknię za najbliższymi, za przyjaciółmi, nawet za okiennymi cyckogniotami znającymi wszystkich sąsiadów na wylot. Pewnie, że tak! Może z miesiąca na miesiąc coraz mniej, jednak uczucia pozostają niezmienne. Bo nie jestem zimną rybą. Gdzie by się nie było, zawsze będziemy za czymś tęsknić i do czegoś wzdychać. Ale jednocześnie jestem bardzo szczęśliwa, czuję się spełniona. Czuję, że tu jest mój dom, tu mam mój mały świat. Czerpię z tej niesłusznie nazwanej „banicji”. Czerpię garściami każdego dnia. Uczę się życia, uczę się ludzi. Poznaję, odkrywam siebie, innych. Realizuję się, poszerzam horyzonty. Sięgam po nieznane.


Wiecie co wkurza mojego męża w Polakach najbardziej? Krótkowzroczność. Mówi, że zrobić z polakiem jakiś interes i nawiązać dłuższą współpracę jest prawie niewykonalne. Bo my się musimy najpierw nachapać i poczuć że kogoś oszukaliśmy. Że komuś dowaliliśmy, że jesteśmy na wierzchu. I wtedy dopiero, kiedy druga strona jest dobrze zgnojona i upodlona, można z górnej pozycji zacząć rozmawiać. Cała północ Szwecji stoi pustostanem. Hektary lasów, pól i gruntów do zamieszkania. Kilka lat temu była akcja rozdawania za darmo (tak, za darmo) ziemi. Warunkiem było postawienie domu i osiedlenie się. Myślicie, że byli chętni? Trzeba było wykazać się inicjatywą i pomyśleć trochę dalej niż 3 miesiące do przodu. Znaleźć pracę, nauczyć się języka, zamieszkać, zasymilować się, przystosować do nowych warunków. Nawet nie koniecznie brać wielkie pożyczki, bo podjęcie stałej pracy oznaczałoby zdolność kredytową. Na oprocentowaniu takim, że oczy się śmieją. Ale nie… lepiej narzekać.

W żadnym wypadku nie jestem jedną z wygnanych z kraju, wyjeżdżających za karę i znoszącą katusze z powodu braku czegoś tam. Nie wożę puszek z jedzeniem na miesiąc ani nie przywożę starych sprzętów wygrzebanych ze śmietników na handel. Nie szukam na siłę rodaków, żeby coś wspólnymi siłami tym "głupim Szwedkom" wyrwać. Bo nie wyrwałam się na chwilę. I nie uważam się za emigranta drugiej kategorii! Pytania o znajomość języka i szanse na pracę nie śmieszą mnie nawet w formie żartu. One uderzają w szacunek. Szacunek do siebie i innych. 

Zdarzyło mi się kilka razy stwierdzić, że wstydzę się za rodaków odwalających takie właśnie numery, żyjących takim „szybko, cwanie, tanio” życiem. To był błąd. Niech oni się sami za siebie wstydzą, ja się od tego odcinam. Każdy żyje jak chce. Emigracja stała się podobno bardzo dostępna i otwarta dla wszystkich. Emigracja w jakim słowa znaczeniu? Chodź, przyjedź, zamieszkaj. Pogadamy.  

***

Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz. 
Cytat. O właśnie, cytatów i komentarzy czytanych na różnych forach i portalach można przytaczać miliony… Samej zdarza mi się czasem wytykać Szwedom ich słabostki (cała seria postów), wywlekać poukrywane i na pierwszy rzut nie widoczne brudy. Owszem. I jednocześnie akceptuję to jakimi są, szanuję ich tradycję i kulturę i nie staram się na siłę żyć na emigracji po polsku. Nie neguję wszystkiego i wszystkich, po to tylko żeby podkreślić moją indywidualność. Nie mam takiej potrzeby. 
Nie dziwię się wszystkiemu i wszystkim wokół. I co ważne, nie udaję, że żyję w raju. Mam za to czasem wrażenie, że zamiast wyważenia i wypośrodkowania, rodacy nasi kochani odbijają się między ekstremami. Z jednej strony słoma i polaczkowatość pełną gębą, a z drugiej zeszwedzeni bardziej niż niejeden Szwed. A gdzie złoty środek?


Po co to wszystko piszę? Po to żeby pokazać, że nie jest tak, jak opisuje nas, emigrantów, część mediów, coraz częściej pod przykrywką wyjawiania „prawdziwych informacji” brzydko piszących… Żeby pokazać, że obok tych, którzy wyjeżdżają żeby narzekać jak im na obczyźnie źle, są też tacy, którzy wyjechali świadomie, cieszą się każdym dniem, doceniają to co mają, a mają to dzięki własnym staraniom i pracy. Że są tacy, którym chce się żyć szczęśliwie. Którzy maja odwagę wyjść poza swoją strefę komfortu, podnieść się z zapadniętej wygniecionej sofy i zrobić krok naprzód. 

Nie pluje na polskość i nasze wady narodowe. Nie pluję na ludzi. Widzę różnicę i wiem, że można żyć inaczej (również w Polsce). Że zawsze znajdzie się rozwiązanie, o ile naturalnie będzie się nam chcieć. A chcieć to móc. A jak już będziemy przekonani, że możemy, to żadne zaszufladkowanie do sekcji emigrant, banicja czy uciekinier nie będzie nam ciążyć. Bo nikt życia za nas nie przeżyje.